• Wpisów:78
  • Średnio co: 21 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 21:52
  • Licznik odwiedzin:10 282 / 1687 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Anet:
- Jeżeli dziecko nie przeżyło...
- Spokojnie, będzie dobrze. - uspokajał mnie David.
Nagle do szpitala wpadł Frank i jakiś mężczyzna.
- Co z nimi? - zapytał Frank.
- Podobno jakiś baran wjechał im na drogę. - warknął ten drugi.
- A Ty to? - zaczęłam.
- Sam, menadżer Michael'a.
- Anet, przyjaciółka.
Podaliśmy sobie ręce ale dalej byliśmy zdenerwowani. Lekarz powiedział, że wszyscy przeżyli, ale Jenna i Chistopher nie są w najlepszym stanie.
Siedzieliśmy tak jeszcze ze 2 godziny, kiedy usłyszałam głośny krzyk dziecka.
- Boże... boże! - wydarłam się. - David, dziecko przeżyło! Wiedziałam! - zaczęłam latać po korytarzu.
- Tak, to prawda.. - zaśmiał się Frank.
- Muszę tam wejść. - stwierdziłam.
- Nigdzie nie idziesz, przynajmniej narazie. - wziął mnie za rękę David i przyciągnał do siebie.
- Moze i ona nie, ale ja mam zamiar iść do Mike'a. - dodał Frank.
- Do mnie? Nie ma po co... - usłyszałam głos Michaela.
- Matko, zaraz zemdleję.. - westchnęłam.
- Cześć wszystkim...

Michael:
- Michael! - wszyscy się wydarli i ruszyli w moją stronę. Zrobiliśmy zbiorowy uścisk, który mnie ucieszył pomimo wielkiego bólu jaki mi zadali. Głowę miałem obandażowaną, i musiałem podpierać się na kuli.
- Tak się bałam o Ciebie, że to jest jakaś masakra. - podeszła do mnie Anet.
- Nie wątpie. - zaśmiałem się.
- Ale trochę bardziej o Jennę.. - dodała i wybuchła śmiechem.
- No dzięki... - zamyśliłem się. - Ej, no właśnie! Jenna! Lekarz powiedział mi, że ani jej ani Paris nic nie jest. - uśmiechnąłem się smutno.
- Tak, to prawda.. - wtrącił się Frank.
- A gdzie jest Adele? Boże, ludzie, co ja mam robić? - czułem się zdezorientowany.
- Panie Jackson? - podszedł lekarz.
- Tak?
- Proszę za mną. - usmiechnął się. Pokuśtykałem za nim do sali obok. Widok jaki tam zastałem był najpięknieszjym w moim życiu. Jenna lezała na łóżku trzymając na rękach małego dzidziusia, moją Paris, a obok na krzesełku siedziała Adele z banadażami na rękach i głowie, podobnie jak ja. Nie brzmi miło, ale właśnie w tamtym momencie byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Powoli podszedłem do Jenny, pocałowałem ją i uśmiechnąłem się. To samo zrobiłem w stronę Adele aż w końcu się odezwałem.
- Kocham Was, Was wszystkie. Moje trzy silne dziewczyny..
- My Ciebie też... - wydusiła J. Najwidoczniej była bardzo zmęczona.
- Tatusiu, mam siostrzyczkę! - powiedziała Adele.
- Tak, wiem. Będziecie się razem bawić. - uśmiechnąłem się.
- Tak!
Zaśmialiśmy się oboje z Jenną.
- Mogę ją potrzymać?
- Oczywiście, to twoja córeczka.. - podała mi małą. Czułem się trochę spięty. Bałem się, że moge ją upuścić, była taka maleńka i drobna.
- Jestem z Ciebie dumny, przetrwałaś to co sie wydarzyło, na dodatek wydałaś na świat to maleństwo.
- Ty też.. dziwię się, że jeszcze tutaj jesteśmy. - usmiechnęła się.
- A powiedz mi, czego rodzina Jacksonów nie przetrwa? Zawsze wszelakie zło przezwyciężymy. - przysunąłem się i ją pocałowałem. Adele wskoczyła na łóżko, oddałem Paris Jennie a do pokoju wparowali wszyscy znajomi, w tym Anet z aparatem.
- UŚMIECH!!

* * *

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca. Trochę smutno jest mi zakańczać tą historię, rozważam nad trzecią częścią, ale to też zależy od Was. Nie wiem czy będziecie mieli chęci aby to czytać, dajcie mi znak, proszę, czy jesteście za
A tymczasem koniec części drugiej, najprawdę, dziękuję Wam za to. Nic mnie tak nie cieszy, jak to, że widzę jak niektóre kłótnie czy nawet szczęśliwe momenty przeżywacie razem z bohaterami.
DZIĘKUJĘ!
Tutaj jest moje drugie opowiadanie, serdecznie zapraszam http://fikcyjneopowiadania.bloog.pl/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Jenna:
- I co? Podoba Ci się pokoik?
- Tak!
- A widziałaś tamto różowe pudełko? Tam masz przeróżne misie i lalki... lubisz różowy, prawda? Mam taką nadzieję, bo kołderka też jest w tym samym kolorze.. a podobają Ci się obrazki? A biurko? - Mike siedział wpatrzony w Adele, jakby była ósmym cudem świata. Wypytywał ją o wszystko, ale ta nie była chcętna do rozmowy, tylko do zabawy.
- Mogę iść się pobawić?
- Jasne! Bierz co Ci się tylko podoba, ten pokoik jest twój. - uśmiechnął się, wstał i podszedł do mnie.
- Ona jest taka słodka... - spojrzał troskliwie na Adele siedzącą przy zamku dla lalek Barbie.
- Zgadzam się. Na dodatek czekoladowa cera i wielkie, brązowe oczy dodają jej uroku osobistego. - uśmiechnęłam się. - Ciekawe jak będzie wyglądać nasza dzidzia.
- Na pewno będzie śliczna i podobna do Ciebie. - pocałował mnie w policzek.
- Ale oczy mogłaby mieć po tobie. - odparłam.
- Dlaczego?
- Bo kiedy będziesz już stary i pomarszczony, twoje nie będą miały takiego uroku jak za młodu, a Paris akurat wtedy będzie młoda i dalej będę mogła wpatrywać się w te śliczne, brązowiutkie oczy. - zaśmiałam się.
- Wredulec! - objął mnie w talii i przyciągnął do siebie.
- Ja? No skąd.
- Odpłacisz mi się za to. - zmierzył mnie wzrokiem.
- Co masz na myśli?
- Niech tylko moja córeczka stamtąd wyjdzie - wskazał na brzuch - a będzie po tobie. No wiesz, boję się, że zrobię jej niechcący krzywdę.
- Aha, czyli mi możesz robić co chcesz?
- Jasna sprawa.
- No chyba śnisz.
- A nie mogę? Zawsze wygrywam, kiedy się kłócimy lub "wygłupiamy"...
- Oj, bo to jest nie sprawiedliwe.
- Co takiego?
- Nic. Nie ważne.
- Już obrażona? - przysunął się jeszcze bliżej.
- Może.
- A sobie bądź. Teraz nawet nie próbuj mnie błagać o wyjazd do Londynu.
- A proszę bardzo, nie będę.
- Okej, czyli jadę sam...
- Jedziesz do Londynu?!
- Michael wyjeździa? - wytrąciła się Adele, bo ciągle staliśmy w jej pokoju.
- Idź kochanie się bawić, później do Ciebie przyjdę. - powiedziałam i wyszłam z pokoju ciągnąc za sobą Michaela.
- Jedziesz do Londynu?! - powtórzyłam.
- Może...
- Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
- Bo zaprosiła nas tam Anet... ale skoro ty nie chcesz pojadę sam. - odwrócił się, zaplutł ręce z tyłu i powolnym krokiem ruszył ku schodom.
- Teraz będziesz kazał się prosić?
- Czemu nie.. w końcu jesteś obrażona, a to ja mam prywatny samolot... - ciągle mówił tym swoim wkurzającym tonem typu "ja coś mam a ty nie, więc teraz błagaj". Nienawidziłam tego a On dobrze o tym wiedział.
- Mike, grabisz sobie, lepiej nie wkurzaj kobiety w ciąży...
- Przecież nic nie robię.
- Przegrzeźniasz mnie..
- Wcale nie.
- Owszem.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- No Michael! - krzyknęłam a on sie roześmiał.
- Dobra, już dobra. Nie będę tak robił. - podszedł i mnie przytulił. - Anet nas zaprosiła na jutro.
- Boże, jak ja wytrzymam 10 godzin w samolocie...
- Aa, czyli to znaczy, że jednak wybierasz się do Londynuu? - przeciągnął.
- Mike.
- Okej, serio już przestaję. - zaśmiał się. - Jakoś wytrzymamy.
- Adele leci z nami?
- No jasne. Dopiero stała sie członkiem naszej rodziny, nie możemy jej zostawić na pastwę jakiejś obcej niańki.
- Okej.. to ja pójdę jej powiedzieć, a ty... możesz zacząć nas pakować. - stwierdziłam.
- Nas? Skąd mam wiedzieć jakie ubrania chcesz wziąć? - zamyślił się. - Ah, no tak, co tu się zastanawiać, przecież to jasne, że weźmiesz całą szafę...
- Wiesz co? Dzisiaj jesteś jakiś wyjątkowo nieznośny.
Wysłał mi buziaka w powietrzu. Przewróciłam oczami i weszłam do pokoju małej.
- Adele, mam małą niespodziankę. - powiedziałam tajemniczo. Mała od razu podbiegła do mnie.
- Jaką?
- Jutro... jedziemy do Londynu!
- Naplawdę? - uradowała się.
- Tak! Do cioci Anet. Na pewno ją polubisz. Jest zwariowana. - zaśmiałam się.
- Tak! Tak! Do cioci Adele! - krzyczała.
- Chodź spakujemy się.. - wziełam małą za rączkę.
Otowrzyłyśmy szawki i zaczęłyśmy pakować wszystkie "najpotrzebniejsze" rzeczy. W tym pluszaki oczywiście.

* * *

- Różowa pantera jest? - pytał Mike.
- Jest! - odparła podekscytowana Adele.
- Misio Bobi?
- Jest!
- Kermit i świnka Peggy?
- Są!
- No to w drogę!
Ruszyliśmy w stronę lotniska. Trochę się stresowałam. Nigdy nie przepadałam za lataniem samolotem i zawsze zamieniałam to na inny środek transportu. Tym razem jednak nie wyszło, bo Adele koniecznie chciała przelecieć się samolotem.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wsiedliśmy na pokład i zajeliśmy miejsca. Był to prywatny samolot, więc każdy siedział gdzie tylko chciał.
- Stresujesz się? - opadł na kanapę Michael.
- Nie..
- Jesteś trochę spięta. Rozluźnij się, to tylko pare godzin.
"Takie tam 10" - dodałam w myślach.

* * *

Miałam szczęście bo połowę tego czasu przespałam. To właśnie były plusy ciąży. Mała coraz bardziej kopała i dosłownie czułam, że niedługo "to" się wydarzy.
Do domu Anet nie jechaliśmy za długo. Dosłownie po 2 godzinach byliśmy na miejscu.
- Michael! Jenna! Jak dobrze Was widzieć!
- I nawzajem Anet. - przytulił ją Michael po czym przywitał się z Davidem.
- Cześć David, jak zdrowie? - zapytałam przytulając się.
- Dobrze, nawet bardzo, ostatni raz w szpitalu byłem aż.. dwa miesiące temu. - zaśmiał się.
- To musi być trochę uciążliwe, taki słaby organizm. - stwierdziłam.
- Zdążyłem się przyzwyczaić. - odparł.
- A to kto? - zapytała Anet na widok Adele.
- Nasza córeczka. - odparł dumnie Michael.
- Jaka słodka! Chodź tu do mnie! - wyciagnęła ręce a mała ruszyła w jej stronę.
- Może wejdźmy dalej, a nie tak w przedpokoju stoimy. - powiedział David.
Zasiedliśmy w salonie i zaczęła się rozmowa. Trwała ona bardzo długo, ale przyjechaliśmy rano więc, mieliśmy czas. Po południu stwierdziliśmy z Mike'm, że chcemy obejrzeć London Eye i Big Ben'a. Znaczy ja chciałam, bo Michael dużo razy tu bywał. Adele nie wyraziła szczególnych chęci, więc pojechaliśmy we dwoje.
Chciałam "przejechać" się na tym gigantycznym kole, ale było tam za dużo ludzi, w tym fanów i musieliśmy "uciekać". Co w rzeczy samej było zabawne. Po 3 godzinach postanowiliśmy już wracać. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Nagłe skurcze, tak bardzo bolesne, że nie mogłam isć.
- Michael... Michael pomóż mi... - dyszałam jednocześnie jęcząc z bólu.
- O boże.. o boże! To już! - zaczął panikować Michael. - Chirs, szybko do najbliższego szpitala! Szybko!!
Michael pomógł mi wejsć do samochodu i ruszylismy do szpitala. Jechał bardzo szybko co czułam, bo było otwarte okno a wiatr wiał mi prosto w twarz.
- Michael, już nie mogę.. - oddychałam bardzo szybko. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, pomimo otwartego okna.
- Już zaraz będziemy, trzymaj się kochanie. Będzie dobrze.. - uspokajał mnie. - Wreszcie Paris będzie razem z nami. - uśmiechnał się a w jego oczach zauważyłąm łzy. Postarałam się uśmiechnąć, ale po chwili na twarzy Michaela zauważyłam strach.
- Chris, uważaj!! - krzyknął. Poczułam mocne szarpnięcie a przed oczami widziałam tylko ciemność.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Hej, chciałam poinformować, że zbliżamy się powoli do końca i mało tych rozdziałów zostało. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali od samego początku do teraz i czytali moje opowiadanie.
Tym czasem zapraszam do kolejnego rozdziału!

Michael:
- Zostaw mnie.. - warknąłem.
- Spokojnie, nie możesz się unosić, pamiętasz? - usłyszałem głos Frank'a.
- On ma rację, spokój, Mike. - dodała Jenna.
Nagle poczułem ogromny przypływ smutku.
- Przepraszam, Adele... - wyszeptałem, a dziewczynka stała i wpatrywała się we mnie.
- Zaraz zacznie się rozprawa. - podszedł do nas Pan Hold.
- Jasne.. chodź Michael. - J złapała mnie za rękę przy tym ją zciskając na znak, że jest przy mnie i weszliśmy na salę. Było tam sporo ludzi. Wszyscy byli na swoich miejsach oprócz sędzi.
- A co jeżeli nic nie wskóramy? - zapytałem nerwowo obrońcę.
- Jeżeli jest Pan niewinny, będzie dobrze.
- Nic nie zrobiłem...
Popatrzył na mnie.
- Widać. - dodał.
Zdziwiło mnie to stwierdzenie ale nie zdążyłem już nic powiedzieć bo na salę wszedł Pan sędzia. Na przeciwko mnie siedziała kobieta a obok niej Adele. Nigdy nie sądziłem, że małe dzieci mogą uczestniczyć w rozprawach sądowych. Bardzo siatę bałem. Tak bardzo, że ręce zaczęły mi się trząść.
Zaczęło się. Cała rozprawa trwała około 2 godzin. Moich świadków było stanowczo więcej niż mojej oskarżycielki, ale i tak sędzia bardzo się wahał. Tak jak zakładał mój adwokat, będzie kolejna rozprawa za trzy dni. Nawet mnie to ucieszyło, bo wtedy przyjedzie także Elizabeth i Sam. Czyli więcej osób po mojej stronie. Najgorsze jest to, co Adele powiedziała sędzi. Nie podejrzewałbym jej o nic złego, gdyby nie to, że mieszkała z tą chorą rodziną przez dłuższy czas i mogli jej kazać powiedzieć coś przeciwko mnie. W końcu zdanie dziecka jest najważniejsze. Sędzia wziął małą na stronę i porozmawiał z nią, po czym wrócił i NIC nie powiedział, dosłownie NIC.
- Jesteś pewny, że Liz w sądzie, to dobry pomysł?
- A dlaczego nie? Przecież jest moją przyjaciółką, znam ją bardzo długo a ona mnie...
- Tak, wiem. Ale jej charakter.. jest taka troszkę, nie sądzisz.. yh, no wiesz... wybuchowa?
- Może trochę... ale chcę aby była na kolejnej rozprawie. - westchnąłem. - Chyba wie, że w sądzie trzeba się jakoś zachowywać.
- Mam nadzieję. - dodała Jenna.
Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w stronę samochodu. Dookoła nas zbiegł się tłum fanów i reporterów.
- Czy to prawda, że idzie Pan do wzięzienia?
- Niech Pan coś powie!
Tego typu pytania padały. Mieszały się jednocześnie z krzykami "Michael, jesteśmy z tobą!", "Kochamy Cię!". Czułem się słaby. Miałem wrażenie, że przegram tę rozprawę. Co, jeżeli zeznania przyjaciół nie pomogą? Sędzia może pomyśleć, że skoro przyjaźnię się z nimi, będą mnie kryć. Nie mam pojęcia co o tym myśleć.
Kiedy przedarliśmy się przez tłum ludzi wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu.

* * *

Jenna:
- Pan Hold mówił, że to już ostatnia rozprawa...
- Ale zawsze wszystko może się zmienić. Te trzy tygodnie były najgorszymi w moim życiu..
- Ile ich było? - zapytała J.
- Czego?
- Rozpraw...
- Z 6.. tak do 8. - spojrzałem na nią. - Nie wiem. Nie liczenie ich było mi w głowie, tylko wygranie.
- To jest okropne. Jak można małemu dziecku wmawiać, że człowiek, który się z nim bawił przez tyle czasu, jest zły. Ciekawe czy Adele naprawdę w to wierzy.. - westchnęła. - Boję się Michael..
- Wygramy to. - przysunąłem się i pocałowałem ją w czoło. - Bedzie dobrze. Musi być. - uśmiechnąłem się.
Jenna się przysunęła i mnie przytuliła. Staliśmy tak przez chwilę, kiedy usłyszałem trąbienie samochodu.
- To Chris. Chodźmy już lepiej. - złapaliśmy się za ręce i wyszliśmy z domu.
Za jakieś pół godziny dojechaliśmy na mniejsce.
- No, Panie Michael'u, ostatnia rozprawa. Stres jest? - zapytał Pan Hold.
- Wielki. Nie mogę pójść do więzienia. Moja żona jest w ciąży.. moje życie legnie w gruzach..
- Nic nie legnie w gruzach. Będzie dobrze, tak? - zapytał. Nie odpowiedziałem, bo nie byłem stu procentowo pewny, czy rzeczywiście wszystko będzie dobrze. - No cóż. Chodźmy.
Weszliśmy na salę. Wszystko rozpoczęło się tak jak zwykle. Sędzia zaczął przepytywać moich świadków, którzy upierali się przy zdaniu, że jestem niewinny. Przepytał też znajomych P. Brown, ale nie mieli dowodów na to, że molestowałem jakiekolwiek dziecko. Nie dobrze mi jak o tym pomyślę.
Siedziałem i praktycznie w ogóle się nie odzywałem. Nie chciałem narobić niepotrzebnych problemów. Rozprawa ciągnęła się znacznie dłużej niż zwykle. Ale coś co wydarzyło się na końcu, sprawiło, że miałem ochotę zacząć skakać z radości. Mała Adele powiedziała sędziemu, że "mama" kazała jej skłamać mówiąc, że zrobiłem jej krzywdę. Opowiedziała o tym jak się razem bawiliśmy i co dzieję się na codzień w Neverlandzie. Czyli jednym słowem: Wygraliśmy.
Kiedy wyszliśmy z sądu zastał mnie znajomy widok. Czyli tłum ludzi.
- Czy jest Pan winny? Co wydarzyło się w sądzie?
Byłem w tak drobym humorze, że nie mogłem przestać się uśmiechać.
- Wygraliśmy. - odpowiedziałem. Zacząłem wszystkim machać i odkrzykiwać, że też ich kocham. Nareszcie miałem wolny głos. Ludzie zaczeli wiwatować i krzyczeć jeszcze głośniej. Roześmiałem się. W końcu Jenna wciągnęła mnie do samochodu.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała rozbawiona.
- Jestem taki szczęśliwy!
- Zauważyłam.. - przysunęła się wtulając się w moje ramię. - Hej, a co z Adele? - zapytała.
- Coś słyszałem, że chcą odebrać ją tej rodzinie.
- Że co? - zrobiła wielkie oczy. - Naprawdę?
- Tak... i sądzę, że myślimy o tym samym. - usmiechnąłem się.
- Adele będzie naszą córeczką?
- Mam nadzieję.
- Jasne, że będzie!

* * *

Jenna
- Nie jestem tego pewna. Dopiero miał Pan rozprawy w sądzie.
- No tak... ale co z tego, skoro zostałem uniewinniony. Nigdy nic takie nie zaszło w moim życiu, a Adele planowaliśmy zaadoptować już dawno temu, tylko ta rodzina...
- Która okazała się nienormalna. - wciełam się.
- No właśnie, zrobiła to pierwsza. - dodał.
- Tak, rozumiem, ale niewiadomo jak to wpłynie na psychikę dziecka. Być może nie będzie chciała kolejnych rodziców.
- To może ją zapytajmy? - zaproponowałam.
Zapadła chwilowa cisza.
- No prosimy. Jestesmy pewni, że Adele chciałaby znami mieszkać. - powiedział Mike.
- No dobrze. - westchnęła kobieta. - Poczekacie Państwo chwilę?
- Jasne. - odparłam. - Czuję, że nam się uda Michael. - powiedziałam podekscytowana.
- Ja też. - przysunął się i mnie pocałował.
- Michael! - uszłyszałam dziecięcy głos. Nagle do gabinetu wbiegła mała mulatka.
- Cześć Adele! - Mike wstał i wziął ją na ręce. Zawtórowałam mu i stanęłam obok.
- Hej, mała. - przywitałam się.
- Jenna! - krzyknęła radośnie.
- Hej, mam do Ciebie jedno pytanie. - zaczął Michael. Dziewczynka wpatrywała się w niego z wielkim zaciekawieniem.
- Chciałabyś zamieszkać w Neverlandzie? Z nami?
Adele wciągnęła powietrze robiąc przy tym jeszcze większe oczy i odparła:
- Tak! Tak! Tak!
Sporjzelismy znacząco na kobietę za biurkiem.
- Widzę, że wasze realcje nie podlegają dyskusji.. - uśmiechnęła się. - A więc proszę podpisać tutaj. - wskazała palcem miejsce a ja podeszłam i się podpisałam.
To był najlepszy dzień w moim... znaczy, naszym życiu.
  • awatar Gość: Kooooooooooocham <3 /A nie chce końca :(
  • awatar Kowalski, opcje!: Co? Jaki koniec? Ja chcę więcej! Więcej!
  • awatar Zawsze z nim.: Abigaill: Ciągle się zastanawiam czy zacząć, kolejne... ale może to za dużo? ;) Póki co dokończę to i wtedy się zobaczy ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Michael:
- Nie martw się Michael, za jakąś godzinę wrócę, pojadę tylko po rzeczy. - powiedziała zakładajac sweter.
- Jasne, jakoś wytrzymam. - zaśmiałem się.
- Boję się trochę zostawiać Cię samego..
- J, no przestań.. - przewróciłem oczami.
- Przecież nie mówię o tym, że sobie nie poradzisz, tylko w każdym momencie może tu wpaść policja.
- Nawet jeśli, to za wiele nie zdziałasz..
- Jak to?
- Jeżeli będą kazać mi ze sobą jechać, to pojadę, nie mam wyjścia.. poza tym, nic mi nie zrobią, nie mam nic do ukrycia.
- No dobra.. ale i tak.. uważaj na siebie.
Po tych słowach wyszła. O wiele lepiej się czułem wiedząc, że jedzie z Christopherem a nie taksówką. Było rano, więc zrobiłem sobie śniadanie i zasiadłem przy stole. Kiedy zjadłem, poszedłem się ubrać. Kiedy skończyłem ze sobą, zszedłem na dół i... nic. To wszystko wydawało się takie dziwne. Dawno nie jadłem śniadania. Odkąd Jenna się wyprowadziła, w ogółe mało jadłem. Na nic nie miałem ochoty. Nawet na spacery czy bitwy na balony z wodą. A może to dlatego, bo nie miałem z kim tego robić? Neverland Ranch został skazany na pustkę. Dzieciom przestano pozwalać na przychodzenie tutaj, mimo moich prostestów uznali, że lepiej będzie, jeżeli żadne dziecko nie pokaże się w okolicy.
To wszystko brzmi okrutnie. Wykreowałem własny świat, który miał być inny od tego zewnętrznego. Miał być szczęśliwy, wesoły, bez wyrządzania krzywd innym, ale ktoś mi to odebrał. Teraz Neverland świeci pustkami. Jestem tu tylko ja i opiekunowie zwierząt. Wesołe miasteczko stoi puste. Zupełnie puste. Zoo nie ma kto zabawiać zwierząt. W kinie nikt nic nie ogląda.. czuje się bardzo samotny. Nawet kolejką, która zawsze była w ruchu stoi i czeka aż ktoś wsiądzie. Ale nikt tego nie zrobi. Jednak mimo tych wszystkich złych rzeczy, ciągle mam nadzieję, że to miejsce powróci do życia. Ciągle mam tą nadzieję...
Pociesza mnie też fakt, że mój skarb tutaj wraca. Wczoraj spędziliśmy cały dzień na rozmowach i nawet trochę się pośmialiśmy. Powspominaliśmy stare czasy. Wcześniej nawet nie mieliśmy na to czasu. Ale teraz mam go aż za dużo. Nie mogę koncertować, nie mogę udzielać wywiadów, nie mogę spotykać się z fanami. Jedyne co mogę robić to szukać świadków, ktorzy potwierdzą zeznania, że jestem nie winny.
- Już jestem! - usłyszałem głos Jenny.
- Nie mogłem już wytrzymać. - przytuliłem ją.
- Lepiej pomóż mi zanieść te torby nagórę. Przyjemności później.
- Oczywiście, jaśnie Pani. - ukłoniłem się a Jenna zaczęła się śmiać. Wziąłem torby i zaniosłem je do sypialni.
Kiedy zszedłem na dół, J siedziała na kanapie.
- Zmęczyłam się targaniem tego.. - pokręciła głową.
- A ja zmęczyłem się byciem bez Was.. jak tam Paris? - pogłaskałem brzuch Jenny.
- Chyba dobrze, ale kopie coraz częściej i mocniej..
- Sądzisz, że to już niedługo? - uśmiechnąłem się.
- Możliwe..
- Chcesz już wyjść mała? Wiem, że chcesz. Tatuś z mamusią też chcą abyś już z nami była... wiesz co? Jak będziesz starsza, to pójdziesz z tatusiem w takie jedno fajne miejsce. Nie możesz się doczekać? ak, wiem, ja też...
- Dobrze, już dobrze. Skończ ten dialog sam ze sobą. - zaśmiała się Jenna.
- Ja rozmawiam z moją córką.. - powiedziałem oburzony.
- Eh.. tak wiem, przecież sobie żartuję. Tak naprawde, to myślę, że to jest urocze. - przysunęła się i pocałowała mnie w policzek. - Na pewno będziesz idealnym tatą.
- Dziękuję.. a ty mamą. - zrobiłem to samo.
- Oj, już się nie podlizuj.
- Powiedzieć kobiecie komplement... - pokręciłem głową z rezygnacją.

* * *

- Niech Pan się nie stresuje, bo nie ma czego. Jest Pan niewinny.
- Tak, wiem.. ale stresuję się tym, że nie sprawiedliwie mnie osądzą.
- Dzisiaj raczej wyrok nie zapadnie. Sądzę, że będzie więcej rozpraw. Przyszedł dzisiaj ktoś od Pana?
- Tak, przyszła Anet, przyjaciółka rodziny, moi zaprzyjaźnieni pracownicy i mój przyjaciel Frank.
- A gdzie Sam? - wtrąciła się Jenna.
- Nie mógł przyjechać..
- Kto to Sam? - zapytał Pan Andy.
- To mój menadżer.. proszę Pana, czy mógłbym się dowiedzieć, komu zawdzięczam to, że jestem dzisiaj tutaj? - zapytałem sakrastycznie.
- Jest to kobieta o nazwisku Brown... ona jakiś czas temu adoptowała...
- To Pani... - przerwałem. Na korytarzu zobaczyłem tą samą kobietę, która adopotowała Adele.
- Teraz zapłacisz za wszystko, pedofilu!
- Uspokój się. - podszedł do niej jakiś mężczyzna. Zakładam, że to jej mąż.
- Nie ma Pani na nic dowodów.. - pokręciłem głową.
- Owszem mam. - zza jej pleców wszyła mała Adele. Była tak samo przestraszona, jak wtedy kiedy ta kobieta zabierała ją ze sobą.
- Adele! - ruszyłem w jej stronę ale ktoś mnie przytrzymał.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jenna:
- J? Boże.. jak dobrze Cię słyszeć.
- Jak się czujesz? Słyszałam o.. o tym wszystkim... - powiedziałam niepewnie.
- Nie wierzysz im prawda? - zapytał pochopnie.
- Jasne, że nie! Znam Cię i jesteś dobrym człowiekiem..
- Jenna, tęksnie za tobą.. przyjedziesz dzisiaj do mnie?
- Ee.. wiesz, ja... - westchnęłam. - No mogę przyjechać.
- Dziękuję. Naprawdę bardzo potrzebuję teraz kogoś bliskiego.
- A Frank?
- Frank.. Frank to przyjaciel, najlepszy, ale nie zawsze potrafi pomóc. Chociaż w tym wypadku dobrze się spisał. Załatwił mi adwokata..
- Przyjaciel powinien odnaleźć się w każdym twoim problemie..
- No tak, ale wiesz...
- A Elizabeth?
- Nie może przyjechać..
- A rodzicom powiedziałeś?
- Pewnie już wiedzą, gazety o tym trąbią..
- Michael o co chodzi? Masz mnóstwo przyjaciół...
- No dobrze. Brakuje mi tylko jednego przyjaciela, a raczej przyjaciółki. Ty nią jesteś, J. Od zawsze byłaś. Pomagałaś mi wyjsć z najtrudniejszych sytuacji. Wiele osób mi pomagało i bardzo to doceniam, ale ty najbardziej. Chciałbym abyś była przy mnie i w tej sytuacji...
Zrobiło mi się smutno po tych słowach. Poczułam, że zawiodłam. Zawiodłam Mike'a i siebie samą. Pozwoliłam aby mój mąż uporał się sam z czymś tak okropnym, jak posądzenie o molestowanie. Tym samym sposobem zawiodłam siebie.
- Przyjadę za godzinę, okej? - zmieniłam temat.
- Jasne. - przez głos usłyszałam jak się uśmiecha.
- No to.. do zobaczenia.
Odłożyłam telefon i usiadłam obok Anet.
- Wyjdziemy stąd kiedykolwiek? - zapytała.
- Ja wychodzę za godzinę. - odparłam.
- A ja to co?
- Chcesz jechać do Michaela?
- Nie widziałam go 100 lat..
- Okej, to pojedziesz ze mną, pewnie się ucieszy na twój widok. - uśmiechnęłam się i wstałam, aby wybrać jakieś ubrania.
- Super. - odpowiedziała. - Powiesz mu, że go wydałaś?
Spojrzałam na nią.
- Oj od razu wydałam... nie zrobiłam tego celowo. Poza tym sądziłam, że da sobie radę...
- Tak, tak...
- Przestań. To brzmi jakby był winny a ja bym go kryła. Przecież Mike nic takiego nie zrobił, więc nie ma nic do ukrycia.
- Jego argumenty najwidoczniej nie działąją.. - powiedziała przeglądając gazetę.
- Co? Co piszą? - podeszłam do niej.
- W każdej gazecie to samo. Wszystkie mówią o tym, jakim to złym człowiekiem jest... no i że jest winny. - westchnęła.
- No nie, co ja zrobiłam. - wbiłam wzrok w pusty punkt na ścianie.
Trwała chwila ciszy kiedy Anet ją przerwała.
- Przebieraj się i jedziemy.
Przebrałam się w dosyć szybkim tępie w zwiewną sukienkę w kwiatki i ruszyłyśmy na dół. Pod hotelem w którym mieszkałam codzienie stały tłumy ludzi. Nie tak wielkie jak pod Neverlandem, ale i tak Ci ludzie byli irytujący.
- Odsuńcie się, nie widzicie, że jest w ciąży? - powtarzała w kółko Anet, jednocześnie przepychając się w tłumie i ciągnąc mnie za rękę.
W końcu dotarliśmy do taksówki i ruszyliśmy w stronę Neverlandu.
Pod domem Michaela przepychało się bardzo dużo ludzi i paparazzi, jednak w wewnątrz posiadłości było pusto i cicho. Nigdzie nie było widać żywej duszy. "A jeszcze tydzień temu to miejsce tęniło życiem" - przeszło mi przez myśl.
Wręcz przegiebłyśmy pod drzwi domu, aby nikt nie zdążył zrobić nam zdjęcia. To było na darmo, bo i tak pare zrobiono.
- Szybko, wejdźcie. - uchylił drzwi Mike.
Było widać, że jest bardzo zmęczony tą całą sytuacją, a to dopiero początek. Miał podkrążone oczy i był bardzo blady.
- O rany, Michael, wyglądasz strasznie.. - powiedziała Anet.
- Przestań.. - stuknęłam ją w ramię.
- Mi też Cię miło widzieć.. - zdobył się na uśmiech i przytulił ją.
- Mogę iść do łazienki? Mam potrzebę... - skrzywiła się.
- Jasne. Prosto a później w prawo. - wskazał palcem drogę.
- Dzięki. - odparła i zostawiła nas samych.
Mike kiwnął głową na znak, abyśmy poszli do salonu. Usiedliśmy na kanapie i zapadła cisza.
- No to... jak się czujesz? - odezwałam się pierwsza.
- A jak mogę się czuć... jestem oskarżony o... - miałam wrażenie, że te słowa przechodziły mu przez gardło tak jakby połknął żyletki.
- Nie mów. Wiem o co jesteś podejrzany.. - położyłam rękę na jego i popatrzyłam mu w oczy. - Ja też za tobą tęskniłam, przez cały czas.. - dodałam.
- To dlaczego odeszłaś?
- Wiesz, dlaczego...
- Ale to było kłamstwo... - odparł smutno.
- Późno sobie uświadomiłam, ale lepiej tak niż wcale, co? - uśmiechnęłam się.
- Chyba tak... cieszę się, że tu jesteś.
- Wiesz co... muszę Ci coś powiedzieć..
- Tak?
- Kiedy byłam na policji...
- Michael?! - przerwał mi krzyk Anet.
- Zaraz wrócę. - wstał i ruszył w stronę łazienki.
Posiedziałam pare minut sama, kiedy Anet i Mike wrócili do salonu.
- Co się stało? - zapytałam.
- Zabrakło papieru... - zachichotała Anet.
- Zapamiętaj na przyszłość, w której szawce jest. - zawtórował jej.
- Jasne. Masz coś słodkiego do jedzenia? Jakieś lody czy coś? - otworzyła lodówkę i zaczęła w niej szperać.
- Jeżeli znajdziesz, to znaczy że są... - odpowiedział. - Jenna, moglibyśmy się przejść? - zwrócił sie do mnie. Początkowo nic nie odpowiedziałam, bo się zamyśliłam i wpatrywałam się w nich jak zahipnotyzowana.
- Jenna? - powtórzył.
- Yy, tak, tak, chodźmy. - zerwałam się z miejsca.
- Okej, zostawcie mnie na pastwę... - przerwała. - Na pastwę tych pysznych lodów czekoladowych..
- Na pewno zostaniesz? - zaśmiałam się.
- Tak, idźcie.. - wymamrotała i wyjęła z lodówki około 4 opakowań lodów.
Zaśmialiśmy się i ruszyliśmy na spacer po posiadłości.
- Nie jestem pewny czy mogę zostawiać Anet i moją lodówkę sam na sam.. - odezwał się Michael.
- Ja też nie.. - pokręciłam głową i się uśmiechnęłam.
- Coś chciałaś mi powiedzieć?
Chwilę się zastanowiłam.
- Ah, tak.. - spoważniałam. - Trochę boję się Ci to powiedzieć...
- Dlaczego? - zatrzymał się i złapał mnie za ręcę. - Jenna, powiedz, ze nie chcesz rozwodu. - powiedział z przerażeniem w oczach.
- Nie! Coś ty.. - odepchnęłam szybko jego słowa. - To jest coś innego i... boję się, że się ode mnie odwrócisz..
- Nigdy. Niegdy Cię nie zostawię. Co sie stało?
- Kiedy byłam na policji, wypytywali mnie o Ciebie i... i powiedziałam im, że tutaj mieszkasz...
- Byłaś na policji? Nic Ci nie zrobili? - zaczął mi się przyglądać.
- Nie, nic, ale...
- Uff, to dobrze. Gdyby coś Ci się stało..
- To tylko policja Mike.. ale nie jesteś zły?
- Za co?
- Za to, że powiedziałam gdzie mieszkasz...
- Przecież wszyscy na tym świecie wiedzą, gdzie mieszkam.. - zakpił.
- Ale Oni nie wiedzieli gdzie możesz przebywać, a ja powiedziałam, że tutaj...
- Jenna, kochanie, nic się nie stało. I tak nie przyjechali do Neverlandu tylko do studia.
- Byłeś już na policji? - zmartwiłam się.
- Tak.. ale Frank mnie stamtąd wyrwał. Dzisiaj mam się spotkać z adwokatem.. boję się.
Rzeczywiście, zauwarzyłam w jego oczach strach, jakiego wcześniej nie widziałam. Ale to nie było poczucie winy, on się bał, że ludzie się od niego odwrócą, bał się, że nie będzie mógł już nic zmienić na tym świecie...
- Jestem przy tobie, Michael. - przysunęłam się i go przytuliłam.
- Dziękuję.. - szepnął i jeszcze mocniej przycisnął mnie do siebie.
Bardzo mi ulżyło, na wiadomość o tym, że Mike nie ma mi nic za złe. Teraz trzeba było wymyśleć, co zrobić aby oczyścić go z zarzutów.
- Michael, a wiesz kto Cię o to posądził?
- Nie wiem.. nie mam zielonego pojęcia.

* * *

- Dzień dobry. - ujrzałam czarnoskórego mężczyznę za drzwiami.
- A Pan to...
- Andy Hold. Adwokat Pana Michaela.
- Ah, tak. - odsunęłam się aby mógł wejść.
Rozmowa ciągnęła się bardzo długo. Bałam się każdego słowa Pana Andy'iego, bo mógł w każdym momencie powiedzieć "nic nie da się zrobić, pójdzie Pan do więzienia". Siedziałam i obserwowałam rozmowę.
- Niech Pan będzie spokojny. Niech nie robi Pan nic głupiego ani szalonego. Niewinni się nie tłumaczą, tak? Ma Pan nie udzielać żadnych wywiadów. Unikać paparazzi jak najbardziej się da.
- To będzie trochę trudne.. - odpowiedział.
- Rozumiem, ale proszę spróbować. Nie długo będzie rozprawa sądowa...
- Że co?! - wtrąciłam się. - Przecież Michael jest niewinny!
- Przepraszam, ilu Pan ma takich komentatorów?
- Jenna, uspokój się. - powiedział łagodnie Mike i położył rękę na moim ramieniu.
- Jeszcze jeden taki wyskok a będziemy przeprowadzać rozmowy w cztery oczy.
- Kto jeszcze był? - zapytałam.
- Frank. - westchnął Michael.
- Wszystko jasne.. - mruknęłam pod nosem. - No nic, kontynuujcie.
Wymienili się spojrzeniami i ciągneli rozmowę.
- Rozprawa będzie za pare dni. Proszę zaprosić swoich przyjaciół, którzy mogli by mieć dobry wpływ na tą sprawę i pokazaliby Pana w dobrym świetle.
- Oczywiście.
- No cóż, dzisiaj to będzie na tyle. Do zobaczenia, przyjdę po jutrze.
- Dobrze, dziękuję.
Andy Hold wyszedł a Mike usiadł zmarnowany na krześle przy stole.
- Mam już tego dość. Dopiero drugie spotkanie a czuję się jakbym przeszedł wojnę...
- Bo walczysz, Michael i to jest najlepsze. Nie poddawaj się. - kucnęłam obok niego i wpatrywałam się w te smutne brązowe oczy.
- Cieszę się, że jesteś obok.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Michael:
Kiedy się obudziłem była 7.30. Miałem tendencję do wstawania wcześnie ale ostatnio to mocno zaniedbałem. Zerwałem się z łóżka, ubrałem się i ruszyłem na dół. Uznałem, że dzisiaj zrobię sobie dzień prób i nie będę przejmował się niczym innym. Mimo, że telefon leżący na stole bardzo kusił, aby zadzwonić do Jenny powstrzymałem się, bo to ona ma się pierwsza odezwać. Chciałbym zrobić to pierwszy, ale sama tak zadecydowała. Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem tej całej "przerwy" w naszym związku, przecież jej nie zdradziłem...
Założyłem kapelusz i po drodze pogryzając kremowe ciastko ruszyłem do drzwi. Wyszedłem, wsiadłem do samochodu i nakazałem Chris'owi pojechać do studia.
- Tutaj ma być gitara elektryczna, ma być rock'owo.
- Wydaje mi się, że lepiej by było, gdybyśmy już nic nie dodawali, jest dobrze.
- Barry, nie podoba mi się.
- Ale słuchaczom może tak?
- Nie. Jak mi się nie podoba to się pod tym nie podpiszę. W tym miejscu ma być gitara i koniec.
- Jesteś pewny? - westchnął.
- Nie mam żadnych wątpliwości. Dodajcie gitarę a ja pójdę ogarnąć zespół.
Przeszedłem do pomieszczenia obok, gdzie znajdowali się muzycy.
- No i jak tam?
- Wszystko w najlepszym porządku.
- Dajecie.
Zagrali całość a ja popadłem w zachwyt.
- Jest idealnie! Barry i Frank dodadzą jeszcze gitarę w tamtym miejscu i będzie perfekcyjnie. Myślę, że zaraz będziemy mogli nagrywać.
- Mike? Dobrze się czujesz? - zapytał Liam.
- Hm? A czemu miałbym się źle czuć?
- Jesteś lekko poddenerwowany i bardzo blady.. - wtrącił się Ben.
- Serio? To pewnie przypadek, czuję się dobrze.. - przetarłem dłonią czoło. - No co tak patrzycie? Do roboty. - wróciłem do Barry'ego i Frank'a, którzy akurat skończyli pracę nad muzyką.
- Możemy nagrywać? - zapytałem.
- Jasne. - mruknął pod nosem Frank dalej wpatrując się w monitor.
- Okej, to tutaj masz.. - wstał Barry i spojrzał na mnie. - Rany, Michael, słabo wyglądasz.. - powiedział a Frank podąrzył za jego wzrokiem i widząc mnie zrobił wielkie oczy.
- Co ty brałeś? - zaśmiał sie Frank.
- O co wam wszystkim chodzi? - zacząłem tracić cierpliwość.
- Nie wyglądasz dobrze, może lepiej nagrywanie odłóżmy na jutro.
- Nie! Jestem w dobrej formie.
- Mike co się dzieje..
- Żona go zostawiła.. - mruknął Frank.
- Nie zostawiła. - wycedziłem przez zęby.
- Na prawdę? Bardzo mi przykro, Mike.. - podszedł Barry i położył rękę na moich ramionach.
- Zostawcie mnie! - wydarłem się i wybiegłem ze studia. Szybkim krokiem ruszyłem do auta kiedy drogę zatarasował mi radiowóz policyjny. Wysiadło z niego dwóch policjantów.
- Pan pójdzie z nami.

* * *

- Kto wam naopowiadał tych bzdur.. - patrzyłem błagalnie.
- Wątpił bym w to, że to są bzdury.
- Macie dowody? - skrzywiłem się. - Słuchajcie, Neverland to miejsce gdzie może przyjść każde dziecko. Stworzyłem tam własny świat, ponieważ w tym nie byłem w pełni szczęśliwy. Chciałbym aby ten był szczęśliwy tak jak mój. Dlaczego podejrzewacie mnie o.. coś tak okropnego.. - byłem zdruzgotany tym, o co mnie posądzali.
- Panie Jackson, który normalny człowiek buduje dom i zaprasza tam obce dzieciaki?
- Słucham? - nie mogłem uwierzyć w to co powiedział.
- Panie Jackson, ktoś do Pana. - do pokoju wszedł drugi policjant. - Może Pan wyjść.
Wstałem od stołu i wybiegłem na korytarz.
- Frank.. - wydusiłem. - Pomóż mi.
- Zabieram Cię do domu Mike. - spojrzał na mnie z litością.
- Nie możesz.. nie pozwolą mi stąd iść.
- Już pozwolili.
Spojrzałem na niego pytająco ale on już nic nie mówiąc pociągnął mnie za sobą.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Neverlandu.
- Oni już do reszty zwariowali.. - powiedziałem wchodząc do domu.
- Michael, dlaczego mi nie powiedziałeś..
- Nie wiedziałeś? Sądziłem, że Sam o wszystkim poinformował..
- Nie, nic mi nie powiedział.
- Przepraszam, myślałem...
- Nic się nie stało. - próbował się uśmiechnąć. - Michael, jest źle. Potrzebujesz adwokata.
- Że co? Nie.. nie może być aż tak źle.. - zacząłem kręcić głową. Nie wiem nawet po co, może sądziłem, że tym sposobem uda mi sie zaptrzeczyć wszystkim zarzutom?
- Zadzwoniłem już po jednego.
- Nie.. nie.. - powtarzałem.
- To najlepszy jakiego znam. Mike, nie podłamuj się.
Uniosłem wzrok i spojrzałem na niego. Był bardzo smutny i zorientowałem się, że on też nie wie co robić.
- Dzięki za tyle.. - wyszeptałem.

* * *

- Panie Jackson. Został Pan oskarżony o molestowanie nieletnich o ile rozumiem...
Kiwnąłem potwierdzająco głową, bo nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.
- Ale to wszystko nieprawda! - wstrącił się Frank.
- Rozumiem, ale musimy działać rozsądnie. Nie przyznaje się Pan do winy i według Pana nic takiego się nie wydarzyło tak?
- Tak.. - wyszeptałem.
- Jest ktoś, kto to potwierdzi?
- Przecież to absurd! - wydarł się Frank.
- Może Pan przestać się wtrącać? Muszę znać postawę oskarżonego i mojego klienta a Pan bardzo mi to utrudnia.
- Okej, przepraszam. Już siedzę cicho.
- A więc?
- Pracownicy w Neverlandzie.. Frank, Sam.. - zacząłem wyliczać niepewnie. - Mój zespół, Elizabeth..
- Jaka?
- Taylor.. jest moją przyjaciółką od wielu lat..
- Hm, dobrze. - zaczął coś notować.
- Moja żona..
- A czy nie jest Pan z nią teraz w pewnego rozdzaju.. hm.. rozłące?
To pytanie wbiło mi się w serce jak sztylet ale starałem się powstrzymywać, co było bardzo trudne, ponieważ bardzo jej teraz potrzebowałem.
- Mamy.. przerwę. - wydusiłem.
- Aha, rozumiem. Ale żona potwierdzi, że żadne z działań molestowania nie zaszło w tym miejscu, tak?
- Tak.. tak myślę.
- Dobrze. Muszę Pana ostrzec, że nie będzie to najprzyjemniejszy okres w Pana życiu i może wydarzyć się dosłownie wszystko, ale damy z siebie jak najwięcej i oczyścimy Pana z tych zarzutów.
- Dziękuję..
- Przyjdę jutro aby poznać więcej szczegółów. Proszę pomyśleć, co mógłby Pan mi jeszcze powiedzieć. Każdy szczegół jest istotny dla tej sprawy. Musimy udowodnić, że jest Pan niewinny.
- Dobrze, zastanowię się..
- Dziękuję i dowidzenia, mam nadzieję, że już jutro będziemy mogli rozpocząć współpracę.
Adwokat wyszedł a mi wcale nie ulżło. Czułem się okropnie. Gdzie jest Jenna?
- Dzwoniłeś do Jenny? - zapytał Frank.
- Nie.. to ona ma się odezwać.
- Co? Bądź mężczyzną, kobiety nie lubią, kiedy one muszą robić pierwszy krok..
- To nie o to chodzi. Mamy "przerwę".. - westchnąłem. - I powiedziała, że Ona się odezwie, a więc tylko czekam..
- Eh.. - przykrył twarz rękami.

Jenna:
Przewracałam telefon w dłoniach i zastanawiałam się czy zadzwonić do Michaela. Nie wiem dlaczego, ale bardzo bałam się jego reakcji. A jeżeli go tylko tym wszystkim dobiję? Przecież to ja powiedziałam policji, gdzie może się znajdować... jeżeli coś mu zrobili, to tylko moja wina...
- Dzwoń. - powiedziała Anet.
- A co jeżeli...
- Nie ma żadnego "co by było gdyby". Jenna, co się z tobą dzieje? Kiedyś byłaś rozsądniejsza. Zawsze to ty byłaś ta mądra i wiedząca co robić.. zamieniłyśmy się rolami czy co? Michael Cię teraz potrzebuje. Założę się, że chce mieć Ciebie obok, tu i teraz. Proszę zadzwoń, bo on się załamie.
Popatrzyłam na nią i kliknęłam zieloną słuchawkę.
- Masz rację.
Słyszałam tylko dźwięk sygnału wyczekując na głos Mike'a.
- Słucham? - odezwał się słabym ale pewnym głosem.
- Hej, Mike...
 

 
Michael:
Jakby tego wszystkiego było mało, ktoś postanowił do końca wbić mnie w ziemię. Kiedy odzyskałem nadzieję na powrót Jenny, ktoś ponownie mi ją odebrał. Tylko kto? Jestem pewny, że to nie Caroline a innych wrogów nie posiadam. Ah, no tak. Ludzie. Paparazzi. Na świecie są tysiące ludzi, którzy mnie nienawidzą, jedynie za moją osobę, a paparazzi rzucają się na każdą plotkę o mnie. Mam fanów to prawda, ale nie tylko ich. Jakiś nieznajomy, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak i po co, postanowił zrujnować moje życie jeszcze bardziej..
- Dlaczego? - zapytałem i położyłem rekę na czole.
- Nie mam pojęcia Michael, ale Ty nie...
- Zgłupiałeś?! - wydarłem się. - Skoro mój własny menadżer dopytuje mnie o takie rzeczy, to nie ma się co dziwić, że ludzie uwierzą!
- Mike, spokojnie. Chciałem się upewnić..
- Mam być spokojny?! Ty nie widzisz co się dzieje?! Dlaczego ludzie tacy są.. - dochodziłem do stanu histerii. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Oparłem się o fotel i przystanąłem na chwilę. - Nie przyjeżdżaj dzisiaj, ani Ty ani Frank, nikt. Chcę zostać sam. Odłożyłem telefon mimo próśb Sam'a i usiadłem na kanapie. Wiedziałem, że nie wyjdę z tego cało. Fragment mnie zostanie podłamany przez to wszystko, co będzie się działo. Wiadomości o tym, że Michael Jackson molestuje dzieci, na pewno nie umknął policji.
Wstałem i uznałem, że nie będę się załamywał. Ruszyłem do sali tanecznej, trochę się odprężyć. Zacząłem tańczyć, śpiewać, dokładnie tak jak bym był na swoim własnym, indywidualnym koncercie.

Jenna:
- I co Ci powiedziała? - pytała Anet.
- To czego się spodziewałam.
- Czyli? - ciągneła.
- Powiedziała, że robiła "to" z Michaelem u nas w sypialni.. i w kuchni.. powiedziała też, że nie jest i nie był dla mnie odpowiednim mężem.
- Nagadała Ci takie okropieństwa, a Ty mówisz to z takim spokojem? - uniosła brwi.
- Wczoraj czułam się okropnie. Zupełnie inaczej przyjęłam to co powiedziała. Sam widok Michaela przyprawił mnie o takie uczucia, a do tego ona.. ale kiedy patrze na to z innej perspektywy, stwierdzam iż to co mówiła, jest kłamstwem.
Anet patrzyła na mnie i jakby czekała aż zacznę kontynuować, więc mówiłam dalej.
- Wyobraź sobie, że Mike wyrzucił ją z pracy, tak?
- No tak.. - przytaknęła.
- No właśnie. Powiedziała to wszystko aby się zemścić. Kłamała aby jeszcze bardziej odepchnąć mnie od Michaela. - usmiechnęłam się. Nie mogłam uwierzyć w to co mówię. Poczułam przypływ radości na myśl o tym jak się myliłam. Na ogół nienawidzę się mylić i otrzymywać konsekwencji ale nie tym razem. Bardzo tęskniłam za Michaelem, dopiero teraz to poczułam.
- Nie spodziewałabym się tego po Tobie, Jenna. - uśmiechnęła się Anet. - To znaczy, że wrócisz do niego? - zapytała.
- Nie wiem.. - spuściłam głowę.
- Jak to nie wiesz? Przecież wszystko już gra. Wiesz, że Mike zawsze był tobie wierny.
No właśnie, więc w czym problem?
- Poprostu, jakoś.. dziwnie się czuję.
- Nawet nie próbuj, J. Dzisiaj do niego jedziemy.
- O co Ci chodzi? - skrzywiłam się.
- Zawsze, kiedy musisz przyznać się do swojego błędu odpychasz ten moment jak najdalej. W końcu musisz.
Anet miała rację. Muszę wszystko powiedzieć Michaelowi.
Wstałam, założyłam sweterek i chciałam wychodzić, kiedy do pokoju weszła policja.
- A Panowie do kogo? - zdziwiłam się.
- Czy Pani to Jenna Jackson?
- Tak.. - spojrzałam na Anet. Stała zezorientowana tak samo jak ja.
- Ze względu na to, że jest Pani ciężarna wytłumaczymy od razu po co przyszlismy.
- A co ma do tego moja ciąża?
- Jeżeli Pani sie dobrze czuje, możemy jechać na komisariat teraz.
- Co? Nie... nie, wytłumaczcie teraz. - ciągle zerkałam na Anet.
- Pański mąż jest podejrzany o molestowanie nieletnich i musimy się dowiedzieć, gdzie może w tym momecie się znajdować. Z uwagi, że Pani zamieszkała w hotelu, o wiele łatwiej było znaleźć Panią niż Pańskiego męża. Jest on bowiem osobą publiczną i w tym momecie może być wszędzie.
- Czekajcie, że co? - wtrąciła się Anet i zrobiła wielkie oczy.
- A Pani to kto? - zwrócił się do niej jeden z policjantów.
- Przyjaciółka..
- Ale dlaczego został oskarżony? Przecież o nigdy by.. - zaczęłam kręcić głową.
- Przykro mi, Pani Jackson. Ale musi Pani złożyć zeznania.
- Przecież to jest wiadome, że Michael nigdy by nawet muchy nie skrzywdził! - uniosłam ton.
- Niech Pani pojedzie z nami.
- Ja też jadę w takim razie. - dodała Anet. - Jestem przyjaciółką, a Jenna może urodzić w każdym momencie.
Policjanci tylko się spojrzeli i ruszyli do wyjścia. Wzięłam torebkę i ruszyłam za nimi razem z Anet.
Kiedy dojechalismy na komisariat wypytali mnie o wszystko. Jaki miał kontakt z dziećmi, w jakim celu wybudował Neverland, gdzie teraz przebywa..
W końcu mnie wypuścili. Na korytarzu ujrzałam Anet siedzącą na krześle.
- I o co pytali? - wstała gdy mnie zobaczyła.
- Zapytali gdzie jest.. powiedziałam, że najprawdopodobniej w Neverlandzie.. dobrze zrobiłam? Uznałam, że Mike jest nie winny i da sobie radę..
- Jasne, że dobrze. - powiedziała smutno i objęła mnie ramieniem.
- A jeżeli go wydałam i teraz będzie miał kłopoty? Anet, boję się o niego..
- Nie będzie miał. Jeżeli pokażesz mu, że jesteś obok, wytrzyma wszystko. Michael jest sliny, nic mu się nie stanie. - uśmiechnęła się.
- Dlaczego się uśmiechasz? Ja na prawdę się martwię.. - skrzywiłam się i schowałam twarz w dłoniach.
- Bo wiesz.. jeszcze wczoraj sama mówiłaś, że wszyscy bronią Michaela, że są przeciwko tobie, że każdy uważa, że jest dobrym człowiekiem... teraz rozumiesz?
Spojrzałam na nią i uświadomiłam sobie, że ma rację. Ludzie nie byli przeciwko mnie. To ja byłam zapatrzona w wymyślone zło, które ponoć Mike mi wyrządził. Cieszyłam się, że nie miałam już zamydlonych oczu, ale zmartwił mnie fakt, że skoro mnie było ciężko przekonać, to policjanci na pewno nie uwierzyli w to co przed chwilą im powiedziałam...
 

 
Jenna:
Zawsze wiedziałam, że nie jestem wytrzymała psychicznie. Anet też to wiedziała. Wiedział to chyba każdy kto przebywał ze mną conajmniej jeden dzień. Cała ta sytuacja doprowadzała mnie do szału. Co mam zrobić? Każdy zawzięcie broni Michaela. Dlaczego? Przez tych wszystkich ludzi zaczęłam się zastanawiać nad własnym błędem. Może się mylę? Może to wszystko to wymysł mojej wyobraźni? Pięknie, teraz zaczne sobie wmawiać, że mnie nie zdradził. Nie mogę być tak głupia i wierzyć w każde jego słowo. Poprostu nie mogę.
- Nie wyjdę, Jenna. Wiem, że popełniasz błąd i nie pozwolę Ci zniszczyć waszego małżeństwa.
- Dlaczego sądzisz, że ja je niszczę. - wycedziłam przez zęby.
- Bo bardzo dobrze Cię znam i wiem, że masz tendencję do podejmowania pochopnych decyzji. Powiedz mi, czy rozmawiałaś z nim na spokojnie, po tym, jak uznałaś, że Cię zdradził.
- Nie chce mi się rozmawiać, Anet.
- Nie obchodzi mnie to.
Byłam zdziwiona jej postawą. Nigdy nie była tak poważna i tak pewna siebie.
- Nie, nie rozmawiałam z nim. No bo po co? - skrzywiłam się.
- Każdy zasługuje na szansę wyjaśnienia. Być może jest kompletnie inaczej niż myślisz. Jenna, proszę Cię. - zaczęła mówić błagalnym tonem. - Boję się o Was. Zawsze zazdrościłam Ci takiego męża jak Michael. Kocham Davida, ale to są dwa inne charaktery. Poprostu wasze małżeństwo zawsze było idealne. Jesteś w ciąży, Jenna. Nie pozwól aby to dziecko dorastało bez taty. Nie pozwól samej sobie żyć bez Michaela, twojego Michaela. Tylko i wyłącznie twojego.
Jej słowa trochę mnie oświeciły. Kiedy jestem zdenerwowana nie myślę, czy kogoś ranię, tylko robię to, co w danej sytuacji uważam za słuszne. Uznałam, że mogę zadzwonić do Michaela i wysłuchać tego co ma do powiedzenia. Nagle zadzwonił telefon. To był on.
- Słucham?
- Cześć, kochanie.
- Czesć.. - mruknęłam. Miałam ochotę cisnąć słuchawką w ścianę i zwinąć się w kłębek na łóżku, ale nie mogłam. Kurczowo trzymałam telefon i słuchałam słów Michaela.
- Chciałbym, abyś przyjechała dzisiaj do Neverlandu, mam coś dla Ciebie.. Jenna, mam dowód na to, że Cię nie zdradziłem. - głos lekko mu się załamał a ja się nie odzywałam. - Przyjdziesz?
Przyjdę? Nie mam zielonego pojęcia. Tysiące myśli przebijały mi się przez głowę. Spojrzałam na Anet, a ta jakby czytała mi w myślach kwinęła potwierdzająco głową.
- Jasne.. - odetchnęłam. - O której? - zapytałam bez przekonania.
- Dziękuję Ci.. - wyszeptał. - Bądź o 18.00.
Odłożyłam słuchawkę i z ulgą usiadłam na łóżku.
- Ponoć ma dowód. - powiedziałam do Anet.
- Wiesz co? To jest straszne.
Spojrzałam na nią pytająco.
- To jest straszne, do czego Mike musiał się posunąć, abyś do niego wróciła. Jakieś dowody? Jesteście małżeństwem, powinnaś mu ufać.
- Ale nie ufam, odkąd widziałam go z tą.. ygh. - zrobiłam minę, jakby chciało mi się wymiotować.
- Mam nadzieję, że Cię przekona.
Spojrzałam na nią i stanęłam przed oknem.
"Ja też" - dodałam w myślach.

Michael:
- Jesteś pewny, że uwierzyła?
- Michael, ja w prównaniu do Ciebie, umiem kłamać.
- Nie masz się czym szczycić. - zmrużyłem oczy.
- Zazwyczaj bywała punktualna, więc powinna być na 17.40 tutaj.
- Skąd masz pewność, że nie wkopie Cię jeszcze bardziej? - zapytał Frank podnosząc ciastko.
- Była w porządku.. nie sądzę żeby...
- Mike, wywaliłeś ją z pracy, może się mścić.
- Zostaje tylko nadzieja, że tego nie zrobi. - westchnąłem.
- Powiedziałem jej, żę chcesz aby wróciła do pracy, zgodziła się na spotkanie, więc może ma dobre zamiary.
Pokręciłem głową i spojrzałem na zegarek.

* * *
Była 17.45 a Caroline dalej nie ma. Mój żołądek robił fikołki raz za razem. W końcu pod dom podjechałą taksówka. Jak zakładam, było to Caroline.
Otworzyłem jej drzwi a ona powoli weszła do środka.
- Nie wrócę. - wypaliła.
- Carolie, posłuchaj... w takim razie po co przyjechałaś? - zdziwiłem się.
- Żeby Ci powiedzieć, jak żałosny jesteś. Michael Jackson, którego zostawiła żona, bo ma romans... pięknie to brzmi.
- Przestań. - przełknąłem ślinę.
- Czemu mam przestać? Nic nie zrobiłam. Nigdy Cię nie dotknęłam a zostałam oskarżona o romans? Do tego wyrzucona z pracy?
- Przepraszam, Caroline... ale zrozum, chcę odzyskać moją żonę.. kocham ją. - głos mi się załamał a oczy zaczęły szczypać. Ta całą sytuacja wyniszczała mnie od środka.
- Oh, tak. Ja też kiedyś kogoś kochałam. - powiedziała cienkim głosem. - Ale w późniejszym czasie wbił mi nóż w plecy i oduczyłam się kochać. - zniżyła ton.
- Przecież to nie znaczy, że już nigdy nikogo nie pokochasz i ze wzajemnością. - odezwał się Frank.
- Tak, to prawda. Ale już przestało mi na tym zależeć. - popatrzyła na mnie. - Mam długi a ty odciąłeś mnie od źródła pieniędzy, które co miesiąc ratują mi życie. Zapłacisz za to. - spojrzała na mnie złowrogo kiedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Stałem obok więc uchyliłem je i ujrzałem Jennę.
- Cześć, Mike.. - powiedziała nie pewnie.
- Proszę, wejdź. - odparłem zachrypniętym głosem.
- O, cześć Jenna! - krzyknęła radośnie Caroline.
- To twój dowód? - uniosła brwi. Widziałem, że zaczyna tracić kontrolę.
- Nie, J czekaj. - stanąłem między Caroline a moją żoną. - Powiedz jej, że to wszystko jest kłamstwe. - zwróciłem się do Caroline.
Ta ruszyła w stronę Jenny po drodze lekko mnie odpychając.
- Słucha, Jenno. - zaczęła. - Przykro mi to mówić, ale Michael nigdy nie był dla Ciebie dobrym mężem. Widziałam, że się domyslasz, bo od początku mnie nie lubiłaś. Michael trochę się wkurzył, kiedy wybuchła ta akcja z ciążą i musiał jakoś się zaspokoić.
- Co? Nie! - wtrąciłem się.
- Robiliśmy to pare razy w kuchni i u was w sypialni, naprawdę jest niezły. - kontynuowała. Widziałem, że Jenna jest bliska płaczu. - Niestety i tak bywa w życiu prawda? Nie każdy może być szczęśliwy.. no cóż. - złapała kurtkę i ruszyła do drzwi. - Miłego wieczoru życzę! Pa. - machnęła ręką i wyszła. Nie mogłem uwierzyć w to co powiedziała.
- Jenna, słuchaj. Wiesz przecież, że to wszystko...
- Teraz Ty posłuchaj, Michael. Ja już osłuchałam się bardzo dużo. - łza spłynęła jej po policzku. Podszedłem bliżej i położyłem na nim rękę. - Każdy Cię broni, każdy mówi, że jesteś idealny i nigdy niczego złego byś mi nie zrobił.
- Ja nigdy..
- Zaczekaj. - przerwała mi. - Czuję się okropnie. Wszyscy na każdym moim kroku uświadamiają mi, że robię źle i bardzo Cię ranię. Chciałabym Ci wierzyć i móc się do Ciebie przytulić z takim uczuciem jak kiedyś, ale nie mogę.. - zaniosła się płaczem. - Tęsknię za tobą, ale kiedy Cię widzę...
- Przecież wiesz, że Cię kocham.. dobrze o tym wiesz.. nie rób mi tego, proszę... - patrzyłem na nią z nadzieją.
- Wydaje mi się, że powinniśmy zrobić sobie krótką przerwę. Muszę wszystko przemyśleć..
- Jak długo? - zapytałem.

Jenna:
- Odezwę się, obiecuję. - popatrzyłam mu w oczy i ruszyłam do wyjścia.
- Tylko ruchy, bo wiesz, Michael ma tyle fanek, że każda chętna. - zaśmiał się Frank. Jednak śmieszyło to tylko jego bo Mike nawet nie drgnął.
- Dobrze, że on nie. - doparłam poważnie i wyszłam.
Wróciłam do hotelu dość późno aby odrazu iść spać. Wykąpałam się i wskoczyłam do łóżka. Zanim zasnęłam zaczęłam rozmyślać nad wszystkim co się dzisiaj wydarzyło. Moje przemyślania przerwało pukanie w brzuchu.
- Paris, niedługo wyjdziesz.. - pogłaskałam wielką bańkę i uśmiechnęłam się sama do siebie.

Michael:
- Wszystko jest do bani.. - mruknął Frank.
- Nie do końca.. Jenna powiedziała, żebyśmy zrobili sobie przerwę, co nie znaczy, że jestem na straconej pozycji. - pierwszy raz w całej tej sprawie widziałem jakieś pozytywne strony.
- Myśl jak chcesz. Ja będę się zbierał. - wygramolił się z kanapy i podszedł do drzwi. - Dasz radę stary. - uśmiechnął się i wyszedł.
Zostałem sam. Siedziałem na kanapie i rozmyślałem nad plusami całej sytuacji. Uśmiechnąłęm się sam do siebie, bo byłem niemal pewny, że wszystko dobrze się skończy. Jenna nie mogła uwierzyć w te głupoty jakie nagadała jej Caroline. Moje przemyślania przerwał dzwoniący telefon.
- Słucham?
- Michael czy ty już do końca oszalałeś? - usłyszałem głos Sam'a.
- Co się stało? - wstałem z kanapy.
- Wszystkei gazety trąbiął, że...
- No mów! - niecierpliwiłem się.
- Że molestujesz dzieci.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Michael:
- Nic nie powiedziała. Zero.
- Mówię Ci, to jej minie.
- Jak? Skoro uparcie wierzy, że ją zdradziłem. Myśli, że to prawda a zdrady nie da się wybaczyć. - kręciłem głową.
Nagle zadzwonił telefon. Elizabeth złapała go i chciała odebrać ale wyciagnąłem rękę.
- Daj.. w końcu muszę się do kogoś odezwać. - podała mi telefon a po drugiej stronie usłyszałem Jermaine.
- Michael, to wszystko tak jakby...
- Co się stało.. - przetarłem ręką czoło jakby tego wszystkiego było mało.
- Moja opieka nad Jenną.. zorientowała się, Mike, sorki.
- Eh.. ten plan i tak był do bani. Jak miała by się nie zorientować? Jesteś moim bratem.. co prawda widziała Cię z raz w życiu, bo prawie nigdzie się nie pojawiasz, ale widziała. Do głowy przychodzą mi coraz gorsze pomysły.. jestem idiotą.
Elizabeth spojrzała na mnie złowrogo i klepnęła mnie w ramię.
- Nie jesteś, stary.. ale Jenna jest naprawdę twarda i nie mogłem jej przekonać..
- Dobra, dzięki, że zrobiłeś cokolwiek. Będę kończył, cześć. - rozłączyłem się bo rozmowa zmierzała do najgorszego tematu. Wiedziałem, że z osobą siedzącą obok mnie na inny nie porozmawiam, ale stanowczo wolę Liz niz Jermaine.
- Teraz wytłumacz, na jaki durny plan wpadłeś. - walnęła.
- Chciałem aby była pod opieką osoby, którą dobrze znam.. to wszystko. - powiedziałem od niechcenia.
- I wybrałeś Jermaine. - dodała.
- No tak..
- Michael, ogarnij się! - wstała. - Jak masz planować, to ze mną.
- No dobra.. a jaki masz plan? - uniosłem brwi.
- Pomyślałam, że jeżeli Jenny nic nie przekona, to będzie potrzebny dowód. Ale nie bądź pochopny Michael. - zamyśliłem się na chwilę a Liz pstrykneła palcami. - Słyszysz?!
- No tak, tak..
- Znajdź dowód.
- Ale Elizabeth skąd go wezmę? Pomóż..
- Tutaj akurat Ci nie pomogę.. pomyśl Sam. Postaraj się.. - popatrzyła na mnie. - No nie bądź ciapa nooo.. - szturchnęła mnie w ramię. - Muszę dzisiaj wracać.
- Co? Nie.. proszę.. - zesmutniałem i złapałem ją za rękę.
- Nie w tym momemcie, ale po południu. Mój mąż dzwonił i muszę wracać.
- Max czy Barry?
- Przecież z Max'em miałam rozwód trzy lata temu.. - westchnęła.
- Ah, no tak. Przepraszam, twoje związki są niczym labirynty. Fajnie się zaczyna, ale po pewnym czasie zaczynasz się gubić i koniec. Nudzi się i rozwód..
- Michael.. - pogroziła palcem i zaśmiała się.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżała, widzimy się tak rzadko.. - spuściłem głowę.
- Wiem i też nad tym ubolewam, ale wtedy nasze spotkania są owocniejsze. - uśmiechneła się. - Pamietaj walcz o Jennę do samego końca. Wierzę, że Ci się uda.

* * *

Patrzyłem przez okno jak samochód odjeżdża. Na dworze bowiem było bardzo dużo ludzi i paparazzi. Poczułem bolesny smutek. Chciałem zamknąć się w sobie i już nigdy niewychodzić. Liz ciągle podtrzymywała mnie na duchu, a teraz? Za szybko wyjechała, ale obiecałem jej, że się nie załamię i dam radę.
- W końcu jestem Michael Jackson... - wyszeptałem sam do siebie. Ale to mnie nie przekonywało. Nie uważałem się za kogoś wielkiego i nie widziałem w sobie priorytetu dla innych.
Usiadłem na kanapie i zacząłem się zastanawiać o jaki "dowód" mogło chodzić Elizabeth.

Jenna:
Obudziłam się po 13.00 co mnie zdziwiło, bo nigdy nie zdarzało mi się spać tak długo. Rozejrzałam się po biało-beżowym pokoju. Nie wiem dlaczego udczułam wrażenie, jakby leżała teraz z Michaelem w drewnianym domku, tam w górach, gdzie byliśmy na krótkich wakacjach. Przypomniało mi się jak spacerowaliśmy po lesie i jak powstała piosenka Earth Song.. tęsknie, ale wmawiam sobie, że nie. Dlaczego? Bo nadal Go kocham i muszę z tego zrezygnować. Odizolować się od wszystkiego co jest z nim związane. Mam swoją dumę i nie wrócę. Już nigdy.
Zeszłam z łóżka i stanęłam przed oknem. Próbowałam przetrawić słowa Elizabeth. Dlaczego wszyscy próbują wmówić mi, że Michael jest taki święty, dobry i nic nigdy złego by nie zrobił? Wiem jaki jest. Żyłam z nim w małżeństwie przez 10 lat i wiem, że jest dobrym człowiekiem. Tylko troszkę jego dobroć się ułamała i stało się. Trudno.
Nagle usłyszałam jak ktoś puka do drzwi. Żołądek podskoczył mi do gardła ale udało mi się odezwać.
- Proszę.. - wydusiłam.
- Jenna!! - usłyszałam znajomy piskliwy głos.
- Anet! Ile ja już Ciebie nie widziałam.. - moje oczy zrobiły się wilgotne. Ruszyłam w jej stronę i się przytuliłyśmy.
- J.. dlaczego? - odsunęła się a na jej twarzy zauważyłam smutek.
- Co? - udawałam, że nie wiem o co chodzi.
- Przestań.. dlaczego zostawiłaś Michaela.
- Anet, nawet Ty? Nie rozumiem. Wszyscy ciągle atakują tylko mnie. To Michael mnie zdradził. Miałam jeszcze pogłaskać go po główcie i powiedzieć, że wszystko w porządku? Anet, On mnie zdradził! - poczułam jak łza spływa mi po policzku. Naprawdę jestem aż tak słaba psychicznie?
- Co? - patrzyła z niedowierzaniem.
- To! - krzyknęłam i odwróciłam się do niej plecami.
- Ja.. nie wiedziałam.. - zaczęła się jąkać.
- Wszyscy obwiniają mnie. Każdy próbouje wmówić mi, że Michael mnie nie zdradził.. dlaczego.. - pokręciłam głową. - Jestem aż taka zła? Nawet teraz to moja wina?!
- Nie jesteś.. a widziałaś jak oni..
- Nie. Tyle dobrze. - skrzywiłam się.
- To może nie wszystko jest do końca wyjaśnione.. - powiedziała trochę ciszej.
- A co tu jest do wyjaśnienia?! No co?!
- Jenna, uspokój się, proszę. - powiedziała.
- Wyjdź.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jenna:
- Pani Jackson.. Pani Jackson.. - poczułam jak ktoś lekko szarpie mnie za ramię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Michaela. Dlaczego mówi do mnie na "Pani"?
- Mike? Co ty tu robisz.. powiedziałam ospale i nagle zorientowałam się, że to nie Michael. Przecież On nie jest już czarnoskóry.. i to bardzo długo.
- Nazywam się Jerm.. Jerry. - uśmiechnął się i podał mi rękę.
- Kim jesteś? I.. dlaczego tu jesteś? - odsunęłam się.
- Spokojnie ja tylko.. byłaś bardzo zakłopotana, do tego ta ciąża, a ludzie tak bardzo się pchali.. chciałem pomóc.
- Skąd mam mieć pewność, że nie jesteś jakimś fanem Michaela i nie chcesz zrobić mi krzywdy? - zmrużyłam oczy. - Robiłeś jakieś operacje plastyczne, żeby się do niego upodobnić? Jesteś bardzo podobny...
- Nie! To znaczy.. nie, bardzo boję się szpitali i nigdy z własnej woli bym tam nie poszedł.. - odparł trochę zakłopotany.
- Jasne, rozumiem.
- I nie.. nie jestem "psychofanem". - pokazał cudzysłów w powietrzu i się zaśmiał.
- Eh.. to i tak nieistotne. Teraz wszystkie fanki mają go tylko dla siebie..
- Dlaczego?
- Nieważne..
- Nie musisz mówić.
- Eh w sumie co mi szkodzi, i tak wszyscy zaraz przeczytają to w gazetach.. - westchnęłam i znowu zebrało mi się na płacz. - Michael mnie zdradził. - wydusiłam i bez zastanowienia przytuliłam się do Jerrego. Ten nieco zmieszany po chwili odwzajemnił uścisk i zaczął mówić uspokajająco.
- No już, już..
- Wiesz co jest najgorsze? - odkleiłam się od niego i spojrzałam mu w twarz. - Wiesz co? Że jestem w ciąży! Teraz nasze dziecko będzie rozbite między tatą a mamą.. nie mogę powiedzieć, że tatuś umarł, bo będzie nosiło nazwisko Jackson, a zdjęcia, koncerty i wywiady Michaela są wszędzie! Dlaczego moje życie się tak potoczyło, dlaczego.. dlaczego Michael mi to zrobił..
Jerry tylko się na mnie patrzył, bo najwyraźniej nie miał pojęcia co powiedzieć. Kiedy przetarłam łzy i trochę się uspokoiłam, popatrzyłam na niego dłużej. Bardzo przypominał mi Michaela. A jak nie jego, to osobę, którą kiedyś już widziałam.
- Kim ty jesteś? - zapytałam.
- Jerry, już mówiłem. - odparł.
- Nazwisko?
Zaczął uciekać wzrokiem identycznie jak Michael, kiedy nie wiedział co powiedzieć.
- Gibb.. - powiedział trochę nie pewnie, po dłuższej chwili ciszy.
- Kłamiesz.
- Nie prawda.. niby po co miałbym.. - zmierzyłam go wzrokiem i już miałam niemal stuprocentową pewność kim on jest.
- Jesteś jednym z braci Michaela. - powiedziałam.
Przekręcił oczami i zrobił coś w rodzaju "facepalm'a".
- Tak łatwo się zorientować?
- Macie bardzo podobne ruchy i typ zachowania. Po co tutaj przyszedłeś?
- Ja..
- Tylko nie kłam tym razem. - przerwałam mu.
- No dobrze, dobrze. Michael mnie o to prosił.
- Sam tyłka ruszyć nie mógł? A w sumie, nie chcę go już widzieć. - odparłam surowo. - Ty też powinieneś już stąd iść.
- Jenna, słuchaj. - popatrzył mi w oczy. - Michael Cię nie zdradził, rozumiesz?
- Wierzysz mu w każde słowo?
- A ty nie? Michael jest dobrym człowiekiem i nigdy by nawet muchy nie skrzywdził. Poza tym, nic mi nie mówił, nie był w stanie.
- Tak, jasne, a teraz jeszcze mi powiedz, że siedzi w domu i do nikogo się nie odzywa.
- Ale to jest prawda...
- Nie wierzę, a nawet jeśli, to zasłużył na to.
- Kto jak kto, ale Mike nigdy. Nic Ci nie zrobił, starał się być idealnym mężem a ty niszczysz wasze małżeństwo.. Jenna, proszę Cie.
- Ja niszczę? On zrobił to pierwszy! - uniosłam ton i z emocji aż wstałam.
- Ciągle Ci powtarzam, że nic nie zrobił! - zawtórował.
- Wyjdź stąd.
- Jenna, błagam.. - pokręcił głową.
- Wynocha! - wydarłam się a jak się okazało, Jermaine wyszedł z pokoju. Powędrowałam za nim i trzasnęłam drzwiami. "Mam już tego wszystkiego dosyć".

Michael:
- Mike nie może rozmawiać, oddzwoni. - powiedział Frank i odłożył słuchawkę. - Michael, jak długo masz zamiar tutaj siedzieć.. - mruknął.
- Moje życie nie ma już sensu. - odparłem beznamiętnie.
- Owszem ma. J Cię nie zostawi. Jak kocha to wróci, co? - starał się uśmiechnąć.
- Jak by kochała, to by nie zostawiła.. - odparłem.
- Michael, co z twoją sławą? Niedługo masz koncert.. poza tym mamy kupę niedokończonych spraw. Weź się w garść.
- Moi fani mnie kochają, zrozumieją...
- Jak mają zrozumieć, skoro nic nie wiedzą?
- Nie wiedzą? No patrz Ty się, dziwne, że jeszcze o tym nie piszą...
- Michael, błagam Cię.
- Ty mnie? A co ja mam zrobić? Straciłem żonę, córkę i mam występować? Słyszysz co mówisz?
Frank pokręcił głową z rezygnacją i opadł na fotel, na przecikwo kanapy, na której siedziałem.
- Nie masz co siadać.. chcę zostać sam. - dodałem.
Tylko na mnie popatrzył przez dłuższą chwilę, wstał i wyszedł. To co powiedziałem nie było prawdą. Wczoraj wieczorem zadzwoniłem do mojej najlepszej przyjaciółki Elizabeth i powiedziała, że będzie tutaj po południu. Ze względu na to, że ta godzina się zbliżała, musiałem pozbyć się Franka. Byłem w totalnej rozsypce. Nigdy nie czułem się tak okropnie. Miałem wrażenie jakby ktoś zabrał mi połowę mojego serca, bo druga to fani i tylko oni jeszcze trzymają mnie na tym świecie.
Nagle usłyszałem jak ktoś wchodzi, to była ona.
- Boże, Mike, miśku.. - podeszła do mnie i mocno przytuliła po czym zasiadła obok. Moje oczy lekko się zaczerwieniły. Wiedziałem, że to będzie trudna rozmowa.
- Elizabeth, tęskinem za tobą.. - wydusiłem i znowu się do niej przytuliłem.
- Nie.. ja już wiem, za kim tęsknisz. - wyszeptała.
Odsunąłem się i spojrzałem jej w oczy.
- Nie możesz się załamywać, rozumiesz? - dodała.
- Ale..
- Nie. Jeszcze nie skończyłam. Powiedz mi jak się nazywasz.
- Liz, przestań.. - pokręciłem głową od niechcenia.
- Jak się nazywasz. - powtórzyłą głośniej.
Westchnąłem.
- Michael Jackson.. - wymamrotałem.
- Jak? - nachyliła się i wskazała na swoje ucho. - Ja nic nie słyszę.
- Michael Jackson. - powiedziałem nieco pewniej.
- Jeszcze raz mi tak powiesz a nie wiem co Ci zrobię. Jak się nazywasz?!
- Michael Jackson! - wydarłem się i nawet zdobyłem się na lekki uśmiech, bo cała sytuacja wydawała się nieco śmieszna.
- No własnie! - odparła. Jesteś Michaelem Jacksonem! Który ma miliony fanów na całym świecie! Który zapoczątkował moonwalka! I wiesz? Nieogarniam go do tej pory.. bo tylko ty tak umiesz! Jesteś najwspanialszym facetem jakiego znam, bardzo wrażliwym ale wytrzymałym i jestem pewna na sto procent, że nie poddasz się tak łatwo.
- Liz, ja straciłem wszystko..
- Nie prawda. - pokręciła głową.
- Prawie wszystko. - poprawiłem się. - Rodzina i fani są dla mnie najważniejsi.. straciłem jedno z tych dwóch podstaw... to aż połowa..
- To tylko połowa! Boże, Michael, od kiedy Ty jesteś takim pesymistą, co? Odzyskasz Jennę.
- Jak?
- Zdradziłeś ją?
- Nie!
- To na pewno ją odzyskasz. Prawda w końcu wyjdzie na jaw. Jenna się otrząśnie i wróci, zobaczysz. - powiedziała łagodnie. - To mądra dziewczyna.
- Będziemy mieli dziecko.. - odparłem przez łzy.
- Mike, nie płacz. Wiem, że będziecie mieli i na pewno WY obydwoje, nie tylko jedno z Was. Wszystko się ułoży zobaczysz.
- Elizabeth?
- Słucham? - uśmiechnęła się.
- Zostaniesz tutaj?
- Na tyle ile tylko będziesz chciał.
- Mogę się przejść po Neverlandzie?
- To twój dom.. jeszcze się pytasz?
- No wiesz.. sam.
- Jasne! Idź. - przytuliła mnie a ja ruszyłem do wyjścia.


Jenna:
- Dziękuję Christopher, że się pofatygowałeś. - powiedziałam.
- Nie ma za co, tobie nie mogłem odmówić. - odparł.
W końcu dojechaliśmy do Neverlandu. Dookoła nie było ani żywej duszy, co mnie trochę zdziwiło.
Po cichu weszłam do środka. Nie zastałam Michaela. Trochę mi ulżyło. Chyba nie zniosłabym kolejnej kłótni.
- Kto tam? - usłyszałam kobiecy głos.
- Caroline? Brawo, wygrałaś. Leć teraz do swojego Michael'usia i najlepiej.. - odwróciłam się i ujrzałam Elizabeth. - Liz.. to Ty.. myślałam..
- Że to Caroline? Nie.. ona już tu nie pracuje.
- Dlaczego?
- J, kochanie. Chodź, usiądź to porozmawiamy.
- Nie, nie mam czasu. Przyjechałam po resztę rzeczy.
- Proszę, tylko na chwilę.
Przewróciłam oczami i podążyłam za Liz. Usiadłyśmy na kanapie a mnie nagle ogarnął wielki smutek.
- Wiem, że będziesz mi wmawiać, żebym wróciła do Michaela, ale nie mogę, rozumiesz? Nie mogę. Czuję się okropnie z myślą, że już nigdy go nie pocałuję, nie przytulę i nie będziemy mogli być razem, ale poprostu czuję jakąś blokadę, która uniemożliwia mi zbliżenie się do niego i myślenie o nim w takim sam sposób jak kiedyś.. - zdziwiłam się sama sobą, że tak się rozgadałam, ale musiałam to z siebie wyrzucić.
- Nie będę Cię do niczego zmuszać. poprostu wiedz, że bardzo ranisz Michaela. On nigdy by Ciebie nie zdradził. Nigdy nie widziałam go tak patrzącego na jakąś kobietę jak na Ciebie. Nie wiem dlaczego nagle przestałaś to zauważać. Ale Mike się rozsypuje, a to dopiero pierwszy dzień po waszej kłótni.
- Podobno czas leczy rany...
- Jenna, pamiętaj kto naprawdę jest twoim wrogiem i kto Cię zranił. Mike jest ostatnią osobą, która powinna znaleźć się na twojej czarnej liście. - po tych słowach wstała. - A teraz idź i zabierz resztę swoich rzeczy.. po to tu przyjechałaś.
Nie wiedziałam jak odpowiedzieć na to co usłyszałam. Elizabeth jest bardzo inteligentną osobą i na pewno mówiła to prosto z serca i szczerze. Wstałam i ruszyłam do sypialni. Wyjęłam z szafy i mniejszych szafek resztę ubrań i wepchnęłam je do walizki. Zbiegłam na dół a kiedy otwotzyłam drzwi, stał tam Michael.
- Jenna.. - wyszeptał. Na prawdę wyglądał na zmarnowanego. Miał bladą twarz i lekko zaczerwienione oczy. Widać, że płakał.
Spojrzałam mu w oczy i szybkim ruchem go wyminęłam. Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Jeszcze przez chwilę słyszałam jak krzyczał moje imię. Wyjęłam słuchawki i muzyką zagłuszyłam wszystko, co działo się dookoła mnie. Jak na złość włączyła się piosenka "I'll be there".
 

 
Michael:
- Wiedziałam.
- Chyba nie sądzisz, że my..
- Wiesz co? Nic już nie mów. Już wiem dlaczego wtedy nie odbierałeś. Wiem także, dlaczego całymi dniami musiałam siedzieć w szpitalu zupełnie sama, a ty przychodziłeś wieczorem.. - pokręciła głową.
- Nie.. to nie tak! - uniosłem ton.
- Właśnie tak, Michael.. - zdziwiło mnie to ale była bardzo spokojna jak na swój charakter.
- Przestań, proszę przestań.. przecież.. już nie pamiętasz co działo się z Kevinem? Już niczego nie pamiętasz?
- To było dawno.. na dodatek między nim a mną nic nie zaszło, przecież wiesz!
- Skąd mam mieć pewność?
- Słucham? Widziałes wszystko! Widziałeś co się ze mną działo, uciekłam od niego, co ty wygadujesz? Teraz będziesz mi przeszłość wypominać, bo Ty zawaliłeś?!
- Nie Jenna, ja,, przepraszam..
- Oo czyli jednak?
- Co jednak? - zmrużyłem oczy.
- Jednak z nią spałeś..
- Co? Nie! Ja.. ja.. - zacząłem się jąkać. Przez te wszystkie oskarżenia ze strony mojej żony zabrakło mi języka w gębie. - Przeprosiłem Cię za Kevina...
- Michael, zdradziłeś mnie.
- Nie prawda! Dlaczego to mówisz?!
- Żegnaj Michael.
- Czekaj! - złapałem ją za rękę.
- Nie dotykaj mnie! - wyrwała się.
- Boże, Jenna.. przecież jesteś w ciąży.. co ja mam zrobić?
- Najlepiej idź do tej swojej Caroline. - warknęła i ruszyła do sypialni.
- Błagam Cię! Nie masz żadnych podstaw aby mnie o to oskarżać!
- Nie muszę ich mieć. - odparła i zaczęła pakować walizkę.
- Przecież.. jesteśmy małżeństwem.. kochamy się.. proszę.. - w moich oczach pojawiły się łzy. Nie mogłem ich powstrzymać.
- Tak, teraz płacz. Było zastanowić się wcześniej. Brawo Michael, idealny tatuś, co? Żona chodzi z dzieckiem to trzeba się jakoś zaspokoić.
- Nie wiesz jak mnie ranisz.. - wydusiłem.
- Po resztę rzeczy wrócę jutro. - dodała i ruszyła na dół.
- Jenna! Nie! 10 lat małżeństwa, dlaczego chcesz to zniszczyć?! - lamentowałem. Czułem się żałośnie, bo przepraszałem za nic. A może jednak za coś? Bez powodu Jenna by się nie wyprowadziła.
- Ty zrobiłeś to pierwszy, Michael. - zauważyłem, że ona też płacze. - Jeszcze wczoraj mówiłeś co innego..
- Mówiłem, że nigdy bym Cię nie zdradził i nie zrobiłem tego!
- Wiesz co sobie pomyślałam kiedy się obudziłam? Że gdyby to zdarzyło się w prawdziwym życiu, to nigdy bym Ci nie wybaczyła. - po tych słowach wybiegła z domu i wsiadła do samochodu.
- Chirs! Christopher stój! - ten jednak nie reagował tylko tak po prostu odjechał. Wbiegłem szybko do domu aby czyhające paparazzi nie mieli nowej plotki. "Koniec małżeństwa Jacksonów" już to widzę. Nie weszłem do salonu, nie miałem siły. Osunąłem się na podłogę, przybrałem formę kulki i rozpłakałem się jak małe dziecko. Dosłownie. Zacząłem płakać bardzo głośno. Czułem jak gorące łzy spływają i po policzkach. Ślina była nie do przełknięcia. Straciłem dwie najważniejsze w moim życiu osoby. Jenna i Paris. Teraz nic więcej się nie liczy. Moje życie się zawaliło. Nadszedł jego koniec.

Jenna:
- Chris.. zawieź mnie proszę do pobliskiego hotelu. - wyjąkałam.
- Jenna.. jesteś pewna swojego wyboru? - zapytał.
Nie odpowiedziałam. Byłam pewna jednego: Michael mnie zdradził. Mój jedyny Mike. Teraz już nie tylko mój, mogę nawet powiedzieć, że już tylko jej. Caroline. Kiedy o niej myślę robi mi się niedobrze. Przytuliłam się do szyby i zaczęłam płakać. Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, czułam jak cała szyba jest mokra od moich łez. Spróbowałam ją przetrzeć.
- Zostaw. - uśmiechnął się Christopher.
Wysiadłam z samochodu. Jednak zanim ruszyłam do środka podeszłam do Chris'a, który trzymał moje torby i go przytuliłam.
- Byłeś najlepszym szoferem, jakiego znałam. - wyszeptałam.
- Dziękuję Ci.. będę za tobą tęsknić. - odpowiedział.
- Mam prośbę. - odsunęłam się. - Możesz jutro po mnie przyjechać, już tak ostatni raz? Muszę zabrac resztę swoich rzeczy. - dodałam ciągle wycierając łzy.
- Jasne. - spojrzał na mnie z litością.
- To.. do zobaczenia. - machnęłam ręką i wbiegłam do hotelu. W holu było pełno ludzi i pierwszy raz poczułam, że moje życie jest zagrożone.
- Pani Jackson, odpowie Pani na pare pytań? Dlaczego Pani płacze? Czy to coś związanego z Michaelem Jacksonem? - przyleciał jakiś facet podsuwając mi mikrofon pod twarz.
- Jenna Jackson?! O matko! - wydarła się jakaś dziewczyna a ludzie podążyli za nią. - Jenna, kochamy Cie! - zaczeli biec w moją stronę a ja próbowałam uciec, ale było mi bardzo ciężko z podwójnym bagażem.
- Podpiszesz mi autograf? - bardzo się pchali a mi zrobiło się słabo. A jednak chodzenie z ochroniarzem robiło swoje.
- Odsuńcie się! - usłyszałam jakiś męski głos. - Słyszeliście co powiedziałem? - poczułam jak ktoś mnie obejmuje i próbuje wnieść po schodach. Nagle zrobiło mi się czarno przed oczami.

Michael:
- Co się stało?
- Ludzie zaczeli ją okrążać i to ją przytłoczyło..
- A co robi teraz?
- Śpi.
- Dziękuję Ci Jermaine.. wiele Ci zawdzięczam. - powiedziałem szeptem, bo znów zebrało mi się na płacz.
- Będę się nią opiekował.
- Dziekuję.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Michael:
Obudziłem się twarzą do biurka. Miałem całe obolałe plecy, bo przez całą noc spałem na siedząco. Wstałem i poszedłem do Jenny. Siedziała na łóżku cała zapłakana.
- Kochanie, co się dzieje? - podszedłem i objąłem ją za ramiona.
- Nic, to był tylko sen. - skuliła się i oparła głowę na moim ramieniu.
- A co Ci się śniło? - zapytałem.
- Nie ważne..
- No powiedz, może Ci ulży. - pogłaskałem ją po ręce.
- Ty.. Ty mi się śniłeś.
- Rozumiem, że coś zrobiłem... w tym śnie, rzecz jasna.
- Powiedziałeś, że ciągle żyję na twoją łaskę i że nie chce mi się ruszyć do pracy, że jestem leniwa i beznadziejna, kazałeś mi się wyprowadzić..
- Dobrze! Stop już.. - pokręciłem głową. - Przecież wiesz, że nigdy bym tak nie powiedział ani nie zrobił czegoś takiego. - pocieszałem ją.
- Wiem.. dlatego jest mi przykro, że coś takiego mi się przyśniło..
- Dzisiaj miałem mieć próbę, ale zrezygnuję specjalnie dla Ciebie. Dzisiaj nigdzie się nie ruszam. - powiedziałem pogodnie.
- Miło.. brakowało mi Ciebie przez ten czas, kiedy byłam w szpitalu, okropne miejsce..
- Wybrałem najlepszy szpital w mieście.. sama nie chciałaś się zgodzić na prywatny...
- Tak, wiem.. dobrze, że jestem już w domu.
- Ja też się cieszę.. nie wiesz jak bardzo. - pocałowałem ją.
- Czego Ci najbardziej brakowało pod moją nieobacność? - uśmiechnęła się.
- Yyyy.. muszę odpowiadać?
- A Ty jak zwykle o jednym! - klepnęłam go w ramię.
- No co zrobisz... mam najlepszą żonę na świecie, trudno o TYM nie myśleć...
- Musisz jeszcze wytrzymać. - pokazała mi język.
- Eh.. no wiem.. - westchnąłem.
- Wariat. - przyciągnęła mnie do siebie i czule pocałowała.
- Chodź na dół, pewnie śniadanie już czeka.

Jenna:
Na myśl o tym, że Caroline jest na dole i lata po naszej kuchni niczym skowronek zrobiło mi się niedobrze. Od samego początku jej nie lubiłam, a teraz jeszcze bardziej mnie wkurza. Może to przez te hormony? No cóż, ciąża robi swoje. Może mi minie, ale póki co, jestem kobietą ciężarną i mi WOLNO.
Zeszliśmy na dół. Michael skręcił do łazienki a ja zasiadłam przy stole.
- Oh, witaj Jenna. Dzisiaj zrobiłam gofry z truskawkami i bitą śmietaną, plus kawa.
- Zjadłabym z jagodami.
Spojrzała na mnie i się odezwała.
- No dobrze więc... zaraz zmienię. - uśmiechnęłą się.
- I bez bitej śmietany.
- Jasne.
- A kawa niesłodzona rozumiem?
- Nie.. zrobię nową.
Specjalnie się tak czepiałam wszystkiego, czasami jej się należy.
Za chwilę przyszedł Michael.
- Ooo, co tak pachnie? - uśmiechnął się i usiadł obok mnie jednoczesnie klepiąc mnie w tyłek.
- Ej, nie pozwalaj sobie.
- Dlaczego? Jesteś moją żoną. Mogę robić co chce. - pocałował mnie a ja spojrzałam kątem oka na Caroline, która wyglądała jakby gotowała się od środka. Bardzo możliwe, że to przez moją niesympatię do jej osoby tak mi się wydaje.. ale nie przeszkadza mi to.
- No więc.. naleśniki dzisiaj. - przerwała.
- Truskawki czy jagody? - zapytał.
- W planie były truskawki, ale Jenna zażyczyła sobie jagody..
Michael spojrzał na mnie jakby chciał powiedzieć "Nie rób jej tego..".
- No co? Nie mam ochoty na truskawki. - mruknęłam i wzięłam szklankę wody.
Po jakimś czasie, kiedy skończyliśmy śniadanie, wyruszyliśmy na spacer po Neverlandzie.
- Bardzo brakuje mi...
- Adele? Tak, mi też.. - odparł.
- Okropne uczucie.. nie wiem co robić. Nie ma żadnego wyjścia, aby ją odzyskać.. - westchnęłam. - Dlaczego nie adoptowaliśmy jej wcześniej..
- Jenna, w życiu popełnia się błędy.. i trzeba jakoś sobie radzić, ale nie jesteśmy w stanie jej im odebrać.
- Tak, wiem. Nie rozmawiajmy o tym. Wiesz co.. strasznie mi mdło kiedy widzę te wszystkie karuzele.
- A ja bym się przejechał.. ej, to może bitwa na balony z wodą? - powiedział podekscytowany.
- Ja już mam jeden balon.. - mruknęłam.
- To może.. wózek golfowy? Pojeźdźimy sobie?
- Niedobrze mi kiedy patrze na jaki kolwiek samochód, te naleśniki źle mi zrobiły..
Spuścił głowę.
- Idź.
- Co? - popatrzył na mnie.
- Idź, widzę, że chcesz. Nie będę psuć Ci zabawy.
- Na prawdę? Mogę? - patrzył z nadzieją. Normalnie jak małe dziecko.
- No mówię przecież. - zaśmiałam się.
- Kocham Cię! - podniósł mnie i obkrecił się dwa razy.
- No leć, leć. - machnęłam ręką a Mike pobiegł na diabelski młyn.
Wróciłam spacerkiem do domu i ułożyłam się na kanapie.
- Oo, Jenna, czy mogłabyś..
- Jestem zmęczona.
- Ale ja tylko..
- Powiedziałam coś. - odparłam bez uczucia.
- Wiesz co? - stanęła przede mną.
- No słucham. - mruknęłam.
- Nie wiem dlaczego mnie tak nie lubisz.. ciągle coś Ci nie pasuje.. może mi wytłumaczysz?
- Nie mam ochoty rozmawiać na takie tematy.
- Bo może nie masz uzasadnienia, hm?
- Jak Ty się do mnie odzywasz? Ja Ci płacę, a tobie coś nie pasuje?
W tym momencie do domu wpadł cały mokry Michael.
- Pierwszy raz mnie trafili! Zawsze jako jedyny byłem suchy.. Jenna! Chodź się przyłączyć!
- Nie Michael.. nie mogę przecież. - przetarłam czoło.
- A Ty Caroline? Idziesz? - wyszczerzył się.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się złowrogo.
- Jasne, skończyłam już prace w domu. - machnęła włosami i popędziła za Mike'em.
Myślałam, że szlag mnie trafi. Mijały godziny, a Michael nie wracał, najwidoczniej bardzo dobrze się bawił, razem z tą.. eh..
Była godzina 22.00 a ja leżałam w łóżku. Próbowałam poczytać książkę ale oczy same mi się zamykały. Ta ciąża mnie wykańcza.

* * *

Michael:
Kiedy wstałem Jenny nie było obok. Zapewne jest na dole. Zeszłem na dół i ujrzałem ją w jasnoróżowym szlafroku.
- Hej, kocie. - objąłem ją w pasie.
- Zostaw.
- Nie.. - przytuliłem się.
- Michael, weź ręce. - odwróciła się gwałtownie a w jej oczach wyczuwałem złość.
- Co znowu? - skrzywiłem się.
- Mam już dość. Nie wiem czy wiesz, ale dzieci w Neverlandzie są do godziny 18.00, chyba że nocują. Dlaczego wróciłeś po 22.00?
- Noo.. - jęknąłem.
- Słucham. Byłeś z Caroline, prawda? - popatrzyła na mnie z wyrzutem i smutkiem jednocześnie.
- No tak...
  • awatar Kowalski, opcje!: Więcej!
  • awatar †Tyśka†: Dawno mnie nie było tutaj i wg na moim blogu też :d ale już nadrobiłam braki, przeczytałam wszystkie rozdziały :p i no jak zwykle z resztą, czekam na więcej :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jenna:
- Michael? Obudź się.. Michael.. - próbowałam go zepchnać ale był za ciężki. - Michael, przygniatasz mi rękę! - uniosłam ton aby się obudził.
- Że co? Jak? Gdzie ja.. - zerwał się i zjechał z łóżka na podłogę a kapelusz zsunął mu się na nos.
- Zasnąłes tu i pielęgniarka pozwoliła Ci zostać. - zaśmiałam się.
- O matko.. to czemu mnie nie obudziłaś? Na pewno było Ci niewygodnie.. - zaczął poprawiać koszulę.
- Praaawie Cię nie czułam. - przeciągnęłam. - Ej, nie powiedziałeś mi nic, co dzieje się z Adele.. została?
- Adele... nie.. ona...
- No nie.. co się stało? - zmartwiłam się.
- Zabrała ją jakaś rodzina. - odparł.
- Co? Dlaczego na to pozwoliłeś?
- Nie miałem wyjścia, starałem się coś zrobić ale nie mogłem.. na prawdę... - spuścił głowę i przetarł oczy.
Na chwilę zamilkliśmy i wpatrywaliśmy sie w siebie. Poczułam jak głos mi się blokuje ale się odezwałam.
- Czy oni.. - odchrząknęłam i kontynuowałam. - Czy oni byli dla niej mili?
Michael tylko na mnie patrzył. W jego oczach wyczułam ból, wówczas dowiedziałam się jaka jest odpowiedź. Zaniosłam się płaczem i wtuliłam się w Mike'a.
- To nasza wina.. nasza, rozumiesz?
- Nie chciałem Ci tego mówić, wiedziałem, że Cię to zaboli, przepraszam...
- Chcę wracać już do domu.
- Jutro już będziesz. - starał się uśmiechnąć.
- Dzisiaj. Wypiszę się dzisiaj.
- Ale lekarz mówił..
- Jestem dorosła i sama o tym decyduję. - powiedziałam stanowczo. - Pomożesz mi się spakować?
Mike tylko kiwnął głową i zaczął zbierać ubrania leżące na łóżku. Kiedy wstałam do sali weszła pielęgniarka.
- A Pani gdzie się wybiera? Z tego co mi wiadomo.. - spojrzała na kartę, moją jak zakładam. - ma być Pani wypisana jutro.
- Ale chcę dzisiaj, do jutra na pewno nic mi się nie stanie. - zapewniłam.
Popatrzyła na Michaela, a on kiwnął głową potwierdzająco.
- No dobrze.. poinformuję Pana doktora. - wyszła z sali a ja wzięłam torebkę. Mike podniósł torbę z ubraniami i ruszyliśmy do wyjścia.
Kiedy przechodziliśmy obok recepcji jakaś kobieta nas zaczepiła.. "nas".
- Michael Jackson?! Boże.. to Ty! - podbiegła i rzuciła się mojemu mężowi na szyję. Prawie go przewróciła ale utrzymał się na nogach. Momentalnie Bill podbiegł do nas i chciał ją odciągnąć ale Michael protestował.
- Nie.. zostaw. - wydusił. Bill tylko się na mnie spojrzał i sie odsunął.
- Co tu robisz? - zapytałam go odsuwając się od fanki i Mike'a.
- Christopher zadzwonił, całą noc stał pod szpitalem, bo jak się okazało został tutaj..
- No tak, został.. miło, że jesteś. - uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę Michaela. - No już, już koniec tych miłości, idziemy Michael. - pociągnęłam go ale fanka dalej go trzymała.
- Proszę, tylko autograf.. - wyciagnęła kartkę i długopis.
- Poczekaj jeszcze moment. - zwrócił się do mnie i podpisał się.
- Nareszcie. - przewróciłam oczami.
Złapaliśmy się za ręce i powoli wyszliśmy ze szpitala.
- Dobrze się czujesz? - zapytał Michael.
- Tak.. tylko trochę kopie. - położyłam rękę na brzuchu.
- Coś czuję, że to będzie urwis jakich mało. - zaśmiał się.
Nagle ktoś podstawił mi mikrofon pod samą twarz.
- Pani Jackson, czy są jakieś problemy z ciążą?
- Nie odpowiadam na takie pytania, proszę stąd iść.. - mruknęłam i odsunełam kamerę.
- To będzie chłopczyk czy dziewczynka? Niech Pani zdradzi..
- Moja żona jest w ciąży, proszę nie zadawać jej pytań, dobrze? Niedługo będzie wywiad, dziękuję. - wtrącił sie Michael i wciagnął mnie do samochodu.
W trakcie drogi praktycznie w ogóle nie rozmawialiśmy.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce poczułam przypływ radości. Miałam dość tych bladych, szpitalnych ścian. Neverland to prawdziwy raj.
- Kiedy się stąd wyjedzie na trochę i się wróci, dopiero docenia się w jak pięknym domu się mieszka. Niesamowite.
- Zgadzam się. Dlatego kazałem wybudować coś takiego. - westchnął i mnie pocałował. - Chodźmy do środka.
Wchodząc do domu usłyszałam głos Caroline. Piękne powitanie.
- Michael? Już jesteś? Zrobiłam wczoraj kolację, ale nie wróciłeś, więc chciałam ją odgrzać.. - siedziała z głową w szawce i czegoś szukała.
- Tu nie Michael. - powiedziałam.
- Jenna? - próbowała wstać i rąbnęła głową w szawkę. - To znaczy.. cieszę się, że wszystko w porządku z maleństwem. - wyprostowała się i wytrzepała spodnie.
- Tak.. ja tez. - uniosłam brwi.
- O.. sorki Caroline, byłem w szpitalu. - wszedł Mike.
- Nic się nie stało, Michael. - uśmiechnęła się a moje wnętrze zaczęło się gotować.
- Możesz już iść. Masz wolne. - powiedziałam.
- Naprawdę? Dziękuję! - podeszła i mnie przytuliła. Nie odwzajemniłam uścisku. - To idę. - pomachała nam i wyszła.
- Nic się nie stało, Michael. - zaczęłam naśladowac jej głos.
- Coś jest nie tak? - zapytał i wstawił torbę obok schodów.
- Jak ona działa mi na nerwy. - mruknęłam.
- Dlaczego? Jest bardzo miła. - odparł.
Spojrzałam na niego z wyrzutem.
- No co jest? Nie rozumiem...
- No domyśl się. - warknęłam i ruszyłam na górę.
- Powiedz mi, najwidoczniej nie jestem tak domyślny i spostrzegawczy.
- Widzę, że nie jesteś. - dalej dogryzałam.
- Jenna, dlaczego taka jesteś? Wróciłaś tutaj po to by poczuć się lepiej...
- A jestem wredna? Irytująca? Trudno, taką mnie wybrałeś.
- Będę wierzyć, że to przez ciążę tak mówisz.
- Zawsze możesz polecieć do innej.
- Słucham? Ty mi coś sugerujesz? - patrzył wyraźnie zmartwiony.
- Caroline na pewno poleci gdy tylko ją o to poprosisz. Michael to, Michael tamto.. - ta dziewczyna na prawdę działała mi na nerwy.
- To nie mogę już z nikim rozmawiać? Nie ufasz mi? - dopytywał.
- Idę się położyć. - poszłam na górę i ułożyłam się w łóżku.

Michael:
Nie miałem pojęcia o co mogło chodzić Jennie. Ciągle sobie tłumaczyłem, że to przez ciążę. Słyszałem, że kobiety w ciąży mają huśtawki nastrojów, więc postanowiłem tego zachowania nie brać pod większą uwagę...
Przypomniałem sobie o książce. Poszedłem do gabinetu i wygrzebałem wcześniej znalezione notatki, która napisałem pare lat temu i ponownie zacząłem pisać. Czasy z Jackson 5 miałem opisane w połowie. Skończyłem na wytwórni Montown, więc było jeszcze bardzo dużo do opisania. W kolejnych 15-stu stronach zawarłem wiadomości o moim odejściu z tej wytwórni i o tym jak potoczyły się moje dalsze losy. Sądzę, że J będzie trochę zła na mnie, za to, że napisałem o Dianie Ross, swego czasu była o nią zazdrosna, według mnie zupełnie niepotrzebnie. Nie chciałem pisać o moim małżeństwie bo nie o to tu chodzi. Diana miała ze mną kontakty przyjacielskie jak i biznesowe. Czasami śpiewaliśmy razem, dlatego o niej wspomniałem. Uważam, że pisanie o moich prywatnych sprawach jest nie na miejscu. Siedziałem nad tym ze 3 godziny aż w końcu zasnąłem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Michael:
- Kochanie, przepraszam, że nie odebrałem, byłem... zajęty. Proszę, oddzwoń, przyjadę wieczorem. - nagrałem się na sekretarkę i tylko czekałem na na telefon od Jenny. Przetarłem oczy, bo dopiero wstałem i zszedłem na dół.
- O już jesteś? - zapytałem widząc Caroline w kuchni. - Jest dopiero... - zmrużyłem oczy aby spojrzeć na zegarek. - Jest dopiero 7.25..
- Tak, ale postanowiłam zrobić Ci niespodziankę. - uśmiechnęła się i odsuneła krzesło od stołu. - Siadaj.
Podszedłem i usadowiłem się na krześle. Pare minut później stało przede mną obfite śniadanie.
- Kiedy zdążyłaś to przygotować? - zrobiłem wielkie oczy.
- Jestem tutaj od 7.00. - usiadła na przeciwko mnie.
- A twoja mama? Nie miałaś do niej jechać?
- Nie, w końcu nie. Dzisiaj odwiedzili ją moi bracia.
- Aha.. no dobrze. - wzruszyłem ramionami. - dziękuję, pyszne. - uśmiechnąłem się i wziąłem do ust kolejny kęs kanapki.
- Cieszę się. - odwzajemniła uśmiech.
- A ty nie zjesz?
- Jadłam u siebie.
- Nie podołam temu wszystkiemu. - zrobiłem wielkie oczy.
- Eh, no dobrze, ale tylko jedną kanapkę.
- Nie mów, że się odchudzasz.
- Nie, uważam, że nie ma takiej potrzeby. - zaśmiała się.
- Uff, już myślałem, że wszystkie kobiety mają bzika na tym punkcie..
- Jenna ma?
- I to jakiego! Ciągle faszeruje się jedynie jogurtami naturalnymi i sałatą, jak królik.
- To chyba nie za dobrze dla dziecka..
- Oh, teraz już nie stosuje tego typu jadłospisu, jje więcej, ale bez przesady.
- Aha.. - zamyśliła się.
- Dobra, dzięki za śniadanie, ale muszę lecieć.
- Jasne, jasne. - ocknęła się.
- Wrócę raczej jak już Ciebie nie będzie, więc nie muszisz przygotowywać sypialni.. ale ogarnij kuchnię, okej?
- Tak, oczywiście, to moja praca. - zaczęła zbierać talerze.
- Dzieki. - machnąłem ręką na pożegnanie i wyszedłem.

Jenna:
- Nie ma zagrożenia ciąży ani powodów do wcześniejszego porodu, myślę, że po jutrze będzie Pani wolna, Pani Jackson. - powiedziała P. doktor a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Naprawdę? To aż 3 dni mniej niż miałam tutaj być.. cieszę się, że wyjdę wcześniej. - uśmiechałam się jeszcze szerzej.
- Ale proszę obiecać, że nie będzie się Pani przemęczać i najlepiej niech mąż też nie gra Pani na nerwach. - zaśmiała się.
- Dobrze, juz się o to postaram. - zawtórowałam jej.
- Jak będzie Pani czegoś potrzebowac, to proszę mówić.
- Jasne.. chwileczkę, jeszcze jedno. Widziała Pani mój telefon? Zawsze leżał na tej szawce. - pokazałam.
- Był w łazience, musiała Pani zostawić, coś tak mi się wydawało, że to Pani. - uśmiechnęła się i wyciągnęła z kieszeni lekarskiego fartucha mój telefon.
- Dziękuję, że go Pani stamtąd wzięła. - lekarka podała mi komórkę i wyszła.
Miałam jedną nagraną wiadomość od Michaela. Byłam zła, że nie odbierał. Dzwoniłam 10 razy, co mógł robić tak ważnego? Nie wspominał nic o próbach na koncerty, ani o ponownej trasie, ani o innych rzeczach. Odsłuchałam wiadomość i nic z niej nie wywnioskowałam. "Byłem zajęty" - co to oznacza? Słaby argument. Złościłam się ale z drugiej strony cieszę się, że się pofatyguje i przyjedzie tutaj wieczorem.

* * *

Godzina 18.00..19.00..20.00... a Michaela dalej nie ma. Coś czuję, że w ogółe się dzisiaj nie zjawi. Było 15 po 20.00. Za 45 minut kończy się czas na odwiedziny. Kiedy już starciłam nadzieję na to, że się zjawi, wpadł do sali jak oszalały.
- Jenna, przepraszam Cię! Zasiedziałem się, byłem u Franka na chwilę.. a rozdawanie autografów opóźniło mnie o 2 godziny! Do tego paparazzi! Najmocniej Cię przepraszam!
- Dlaczego wczoraj nie odbierałeś?

Michael:
Dlaczego nie odbierałem... co ja mam powiedzieć?
- Byłem zajęty...
- To już wiem ale czym dokładnie?
- Yyy.. no ten... książkę pisałem. - dzięki Bogu coś wpadło mi do głowy.
- Książkę? Już kiedyś to słyszałam.
- Tak, wiem, ale wtedy kompletnie o tym zapomniałem... zacząłem ją pisać nawet, pamiętasz?
- Łał, a to wyczyn, no kto by się spodziewał... - pokręciła głową.
- Jenna, proszę. Teraz naprawdę. Znalazłem tamte notatki i uznałem, że teraz mam o wiele więcej do powiedzenia.. poza tym... chciałbym aby ludzie poznali jaki jestem naprawdę. Przykro mi, że wszyscy wierzą w te bajki, które piszą w prasie. - przez głupie kłamstwo wpadł mi świetny pomysł do głowy. Zupełnie zapomniałem o książce, która winna była wyjrzec światło dzienne pare lat temu. Teraz jest idealny okres aby to zrobić. - Nawet wiem jaki będzie nosić tytuł! - powiedziałem radośnie.
- No słucham. - mruknęła bez zaangażowania.
- Moonwalker. Pięknie. - odparłem dumnie.
- Oryginalne.. - odpowiedziała sarkastycznie.
- Hej, nie podoba Ci się?
- Podoba, podoba..
- Osz ty, wredoto.. - przybliżyłem się i zacząłem ją łaskotać.
- Michael, proszę, przestań, wiesz, że tego nienawidzę!
- A myślisz, że dlaczego to robię? - zaśmiałem się a Jenna złapała poduszkę i mi nią przyłożyła.
- Ejj, tak nie wolno.. - odparłem z udawanym oburzeniem.
- Pójdziesz naskarżyć? - pokazała mi język.
- Tylko wrócisz do domu to się policzymy.. - zmrużyłem oczy.
- A właśnie, co do tego.. wracam po jutrze! - powiedziała radośnie.
- Oo, to dużo wcześniej niż miało być! Świetnie! - pocałowałem ją. - A jak tam nasza dzidzia? - spojrzałem na brzuch. - Hej, malutka.. co tam kochanie? - nadstawiłem ucho. - Hej, Paris..
- Jak do niej powiedziałeś? - zapytała Jenna.
- Ah, no tak. Myślałem nad imieniem dla naszej córeczki, Paris bardzo mi się podoba. - uśmiechnąłem się i pogłaskałem brzuch J.
- Paris? Ładne ale mi się podoba Britney.
- To może dwa?
- Dwa? To niepraktyczne. Będzie musiała później pisać w dowodzie Paris Britney Jackson, za długo..
- Ja nie zrezygnuję, zależy mi aby to imię zostało.
- A ja wolę to.
- Jeszcze się zastanowimy.. - powiedziałem po czym zwróciłem się do naszego dziecka. - Hej, Paris, wiem, że mama często marudzi i jest wkurzająca, ale musisz jeszcze troszkę wytrzymać, tak z miesiąc, może niecały..
- Jeszcze jedno słowo. - zagroziła palcem moja żona a ja się roześmiałem.
- Tęsknie za tobą.. - wtuliłem się w jej klatkę piersiową.
- Niedługo wracam.
  • awatar It's never too late: Jestem zaczarowana *_*
  • awatar Gość: Czy wspominałam ze kocham to opowiadanie?Nie? No to fjdkkdkdkdkd kocham <3 :D /A
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jenna:
Kiedy się obudziłam, ujrzałam bladoniebieskie ściany i dwa puste szpitalne łóżka przede mną. Od dziecka nienawidziłam tego typu miejsc, ale najwyraźniej jest mi to potrzebne. Zapragnęłam być teraz z Michaelem w domu, albo przynajmniej Jego obecności, ale była dopiero siódma rano. Bardzo się wierciłam, przekręcałam się z boku na bok. W końcu wstałam i poszłam do ubikacji. Kiedy zobaczyłam w jakim stanie są płytki na podłodze, odrazu mi się odechciało. Wróciłam na salę i poczułam mocny bół brzucha. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy nagle do pokoju weszła pielęgniarka i widząc mój stan podała mi średniej wielkości miskę. Zwymiotowałam. Bardzo sie zawstydziłam, czułam jak policzki mi płoną.
- Niech się Pani niemartwi. - uśmiechnęła się. - To normalne u kobiet w ciąży. - dodała i zabrała miskę. Ta kobieta była bardzo młoda. Na sto procent młodsza ode mnie. Ale jej słowa zbytnio mnie nie pocieszyły. Oparłam się o poduszkę i kiedy wyglądałam jakby ktoś mnie połkną i wypluł spowrotem, przyszedł Michael. Wpadł do sali, jakby nie wiem co się działo. Włosy miał rozczochrane a koszulę niedopiętą, nawet nie zabrał kapelusza.
- Kochanie, cześć. - szybko mnie cmokną i zaczął nawijać. - Nie wiem, czy zabrałem te rzeczy, które chcesz. Nie brałem żadnej sukienki, bo uznałem, że to bez sensu, ale wziąłem ten fioletowy sweterek, który tak lubisz a i jeszcze zabrałem chyba ze cztery kosemtyczki, bo nie wiedziałem, która będzie Ci potrzebna, zaponiałbym też o..
- Michael, przystopuj. - zaśmiałam się.
Popatrzył na mnie zdyszany.
- Coś ty robił tak rano?
- Byłem jeszcze w studiu na chwilę.. - wydusił i wbił wzrok w jakiś obcy mi punkt w podłodze.
- Podasz mi tą torbę? Lepiej sama ocenię, co wybrałeś. - wyciagnęłam rękę a Michael podniósł torbę pełnął ubrań i położył na łóżku. - Dlaczego to takie ciężkie? - zdziwiłam się.
- Tak szczerze, to w szafie prawie nic nie zostało.. - pokręcił głową i się zaśmiał.
- O jeju.. - westchnęłam widząc trzy takie same bluzki, tylko innych kolorów. - No nic, dziękuję. - przyciągnęłam go do siebie za koszulę i pocałowałam.
- Cieszę się, że się spełniłem w tym zadaniu. - powiedział dumnie. Dopiero kiedy słońce zza okna oświetliło mu twarz, zauważyłam te sine worki pod oczami. Nie spał?
- Michael, czy ty spałeś w ogóle?
- Mało.. nie mogłem zasnąć..
- Czyżby Ci kogoś brakowało obok? - zapytałam i uśmiechnęłam się zadziornie.
- Hm.. pomyślmy.. niee, nikt nie przychodzi mi na myśl. - pokazał mi język i się zaśmiał.
- Wredota. - zmrurzyłam oczy.
Przysunął się i mnie przytulił.
- Chciałbym pójść spać, tu i teraz.. - ziewnął. - Przysnąłem gdzieś na dwie godzinki a tak to całą noc przeleżałem, masakra.
- Śniłam Ci się? - uśmiechnęłam się. Chciałam na niego spojrzeć ale pod moją brodą znajdowała się jego czarna czupryna i nic oprócz tego nie widziałam.
- Niee.. dzisiaj miałem dziwne sny. Niestety nie z tobą związane.. - powiedział z udawanym smutkiem.
- A co? Jakiś thriller Ci się śnił? - roześmiałam się.
- Ha Ha, ale śmieszne. - zaczął naśladować mój głos. - Nie.. ogółnie, jakieś..
- No powiedz, słucham.
- Takie głupoty, jak się czasami śnią, na przykład..
- Hm?
- Neverland mi się śnił. Tylko taka gorsza wersja.. wiesz, co? Przypomniało mi się, że muszę coś jeszcze zrobić.. będę iść. Pa, kochanie, przyjdę jutro. - pocałował mnie i wyszedł.
To było dziwne. No ale cóż, to jest właśnie Michael.

Michael:
Nie wiem dlaczego ją okłamałem. Miałem wyrzuty sumienia, co do tego snu. "Ale przecież to tylko sen!" - upomniałem się w myślach. Wsiadłem do samochodu i wróciłem do domu.
Wszedłem do środka i postanowiłem zadzwonić do Elizabeth.
W paru sekundach odebrała.
- Słucham?
- Hej, Liz..
- Ooh, Michael! Dawno nie rozmawialiśmy..
- Bardzo dawno, a u mnie się sporo zmieniło.. jakoś nie miałem okazji poinformować.
- No to opowiadaj! - odparła radośnie.
Opowiedziałem jej o tym, jak nam się mieszka w Neverlandzie i o tym, że jesteśmy ku nadzieji.
- O jeju, będziecie mieli dzidziusia?! I nic nie mówiłeś?! Który miesiąc? Chłopczyk, dziewczynka?!
- Ósmy.. i dziewczynka. Liz, już nie mogę się doczekać!
- Ósmy a Ty dopiero teraz mi o tym mówisz?! A jak będzie się nazywać?
- Hm.. nie myśleliśmy nad imieniem.. ale bardzo podoba mi się Paris, bardzo!
- Ładniutkie, ale nic nie przebije Elizabeth. - zaśmiała się.
- Tak damy jej na drugie. - zawtórowałem.
Nagle usłyszałem, jakieś krzyki przed domem, dziecięce krzyki.
- Hej, Liz, muszę kończyć, oddzwonię. - odłożyłem telefon i wybiegłem z domu.
Przed bramą stało więcej paparazzi niż zwykle. Moją uwagę przykuł czarny samochód stojący na podjeździe i kobieta, która na siłę chciała wepchnąć do środa Adele.
- Proszę Pani! - krzyknąłem. - Proszę Pani! - zacząłem biec w ich stronę, złapałem Adele i uwolniłem ją z uścisku kobiety. - Nie widzi Pani, że Adele nie chce tam iść? - byłem nastawiony złowrogo, ta rodzina wyglądała podejrzanie.
- Zostaw to dziecko pedofilu! - wydarła się a ja stałem jak wryty.
- Słucham?!
- Przecież wszyscy wiedzą, że to nie jest normalne miejsce! Adele nam uciekła i przybiegła tutaj!
- To jest miejsce dla dzieci! One czują się tutaj szczęśliwe! - krzyczałem. - Skoro tu przyszła, to znaczy, że chce być tutaj a nie z państwem. - mówiłem dalej. Gotowało się we mnie ze złości a kiedy usłyszałem to określenie.. jakim mnie nazwała nie mogłem pochamować emocji.
- Ta dziewczynka jest teraz naszą córką. Chodź. - zwróciła się do Adele. Ta wyszła zza moich pleców i ruszyła ku obcej kobiecie. Odwróciła się i spojrzała na mnie tymi wielkimi i brązowymi oczami.
- Adele nie.. - wyszeptałem.
- Spróbujesz, jeszcze raz zrobić coś takiego. - kobieta złapała Adele za rękę i przyłożyła jej w twarz.
- Nie!! - ruszyłem ku nim ale ktoś złapał mnie za ramię i mocno przytrzymał, tak abym nie mógł się wyrwać. - Puść mnie! Ona nie będzie tam szczęśliwa! Widziałes?! - odwróciłem się i ujrzałem Bill'a. - Ona ją uderzyła! Niewinną Adele!! Niee!! - krzyczałem i próbowałem się wyślizgnąć z uścisku ale samochód już odjechał. Został tylko tłum paparazzi. Wszędzie błyskały flesze.
Bill mnie puścił a ja ruszyłem do domu a moje oczy zaszły się łzami.
- Michael, nic nie mógłbyś zrobić..
- A gdybym mógł?! - wydarłem się. - Może.. może.. cokolwiek... jak mogłeś?!
- Jeszcze zrobiłbyś coś głupiego. Masz żonę w ciąży, nie możesz wyprawiać czegoś takiego.
- Lepiej wiem, co mogę, co powinienem i co zrobię, a Ty masz mi w tym nie przeszkadzać, rozumiesz? Wyjdź stąd.
Bill ruszył ku wyjściu a ja przykryłem twarz rękoma. Nigdy sobie tego nie wybaczę, pozwoliłem aby życie Adele zmieniło się o 180 stopni i to na gorsze. Co jeśli ciągle będą ją bić? Co jeśli przydarzy jej się coś gorszego...
Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.. - wydusiłem i otarłem łzy.
Do domu weszła Caroline. Poczułem jak robi mi się gorąco, bo przypomniał mi się sen, z nią w roli głównej.
- Hej, Michael, dzisiaj posprzątałam wszystko wcześniej, więc pomogłam Percy'emu przy szympansach. - usmiechnęła się ale kiedy mnie zobaczyła zmieniła nastawienie. - To nie twoja wina. - dodała. Zdziwiło mnie to, bo niby skąd miała wiedzieć, co się stało.
- Skąd o tym wiesz? - zapytałem.
- Akurat wracałam, kiedy cała akcja się rozkręciła.. przykro mi z tego powodu.
- Nie ważne.
- Ważne, Michael. - usiadła obok mnie. - Nie masz powodów aby się obwiniać, wiesz?
- Ale mogliśmy zaadoptować ją wcześniej i miałaby najpiękniejsze dzieciństwo, jakie mogłaby sobie wymarzyć.. tymczasem jest z jakimiś obcymi ludźmi.. ona ją uderzyła, Caroline, uderzyła małe dziecko. - znowu przykryłem twarz dłońmi.
- Nie obwiniaj się.. każdy popełnia błędy..
- Ale nie kosztem drugiej osoby!
Caroline głośno westchnęła i ruszyła ku wyjściu.
- Mogę jutro przyjechać o 8.30? Chciałabym odwiedźić jeszcze moją mamę w szpitalu.
- Jasne..
- Dziękuję. - uśmiechnęła się. - Do jutra. - złapała za klamkę ale ją zatrzymałem.
- Hej, tak po prostu zmieniłaś temat?
- Nie umiem Cię pocieszyć, przykro mi. - zesmutniała.
- Chodź tutaj. - poklepałem miejsce na kanapie obok mnie. - Przepraszam, może zabardzo się unoszę..
- Nie, nic się nie stało. - podeszła i usiadła.
- A co jest z twoją mamą?
I zaczęła się rozmowa. Dzieki niej odłączyłem się od zmartwień, które ostatnimi czasy ciągle mnie dręczą. Carolie też nie ma ciekawej sytuacji, bo u jej mamy wykryto raka. Odrazu przypomniała mi się sytuacja z Davidem, chłopakiem Anet. Zwierzyła mi się z paru problemów a ja jej ze swoich. To bardzo sympatyczna dziewczyna i myślę, że mogę jej zaufać. Trochę się pośmialiśmy co pomogło w odbudowywaniu mojego zepsutego humoru. Ciągle wibrował mi telefon, ale ignorowałem to, nikt ważny nie mógł dzownić. Poza tym nie miałem ochoty rozmawiać na temat interesów, napewno nie dzisiaj.
- Nie odbierzesz? - przerwała Caroline.
- Zapewne nikt ważny. - machnąłem reką i wyciągnąłem telefon.
Na ekranie widniało "dziesięć nieodebranych połączeń od Jenna".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Michael:
- Caroline, posprzątałabyś ten bałagan.. przecież wiesz, że Jenna nie może Ci pomóc. - warknąłem potykając się o leżącą na środku pokoju ładowarkę do telefonu.
- Przepraszam, ale odkąd sama muszę ogarnąć ten wielki dom, jest mi naprawdę ciężko..
- Nie, to ja przepraszam.. nie powinienem Ci tak rozkazywać, i tak dobrze się sprawujesz.. - pokręciłem głową.
- Jenna jest już w 8 miesiącu ciąży, więc rozumiem, że nie może mi pomagać.. już się biorę za salon.
- Dobrze.. nie! Wiesz, co? Dzisiaj masz dzień wolny, idź na wesołe miasteczko lub do kina, gdzie chcesz. Nie musisz dzisiaj pracować. - uśmiechnąłem się.
- Naprawdę? Dziękuję Ci.. - zrobiła wielkie oczy.
- Nie ma za co, leć już.
Caroline wyszła a ja wziąłem sie za sprzątanie salonu. To do mnie nie podobne, ale ktoś musi. Nie długo ktoś zrobi sobie krzywdę chodząc po tych rzeczach, które się tu walają.
Kiedy skończyłem, myślałem, że to trwało wieczność, ale się bardzo myliłem. Minęło zaledwie pół godziny a Jenna nadal spała. Ostatnio jest ostro przemęczona i głównie dlatego zakazałem jej pracy ze zwierzętami. Może tak powinno być, ale trochę mnie martwi jej stan. Trzy tygodnie temu byliśmy u lekarza i niby wszystko w porządku. I tak mam złe przeczucia.
Kiedy tak rozmyślałem nawet nie zauważyłem Adele stojącej w progu. Płakała.
- O jeju, maleńka co się stało? - podbiegłem do niej, wziąłem na ręce a kiedy usiedliśmy na kanapie, władowała mi się na kolana. Mocno ją przytuliłem i starałem się pocieszyć, nie znając powodu. Mała ciągle chlipała, było mi bardzo przykro.
- Hej, co się dzieje? Powiesz mi? - pytałem łagodnie.
- Pani powiedziała, ze nie będę mogła juś tu psychodzić.. - po tych słowach znowu się rozpłakała.
- Co? Ale dlaczego? Jaka Pani?
- Powiedziała, ze jest moją nową mamusią.. - wtuliła się.
Momentalnie zrobiło mi się gorąco. Jakiś czas temu rozpatrywaliśmy sprawę z Jenną, czy nie zaadoptować Adele. Uznalismy, że lepiej jeśli zrobimy to po porodzie.. spóźniliśmy się.
- Nie płacz, malutka.. już...ciii, nie płacz.. - zacząłem się kołysać na boki aż w końcu mała zasnęła.
Siedziałem tak z nią na kolanach, na moje oko ze dwie godziny, ale mam złe wyczucie czasu, więc nie jestem pewny.
Po jakimś czasie na dół zeszła Jenna.
- Nie masz pojęcia jak uroczo wyglądacie. - uśmiechnęła się, podeszła na palcach i pocałowała mnie.
- Kochanie... - pokręciłem z rezygnacją głową.
- Co się stało? - spoważniała.
- Nie możemy adoptować Adele.
- Co? Dlaczego? - zmarszczyła brwi i spojrzała na dziewczynkę.
- Ktoś już to zrobił.

* * *

- Nie możecie Państwo, przykro mi.
- A gdyby dziewczynka wybrała? Gdyby sama wybrała? - wypytywała Jenna.
- Nie ma wyjścia, tamta rodzina była pierwsza.
- Ale.. ona będzie mieć u nas lepsze warunki! Jestem tego pewna! - próbowała przekonać J, ale to nic nie dawało.
- Kochanie, spokojnie...
- Co spokojnie?! Adele nas kocha!
- Jest Pani w ciąży, proszę wracać do domu i się uspokoić. - poinformowała kobieta i zaczęła coś przeglądać w komputerze.
Jenna już chciała zacząć się kłócić ale jej przerwałem.
- Na pewno nie ma żadnego wyjścia? Żadnego? Nic? Zero?
- Proszę Pana, gdybyście złożyli informację o adopcji dziecka wcześniej, dziewczynka byłaby z Państwem. Przez ten rok, rodzina zastępcza miała okres próbny. Odwiedzali ją, bawili się, nawiązywali kontakt..
- My też! Ciągle się z nią bawilismy, zaprzyjaźniliśmy się, Ona nie może tak poprostu... - wtrąciła się J.
- Pani nie widziała jej reakcji, kiedy się dowiedziała, że nie będzie mogła odwiedzać Neverlandu. - powiedziałem spokojnie.
- Przykro mi.
- Nie.. nie! - wydarła się Jenna.
- Chodź, idziemy.. - złapałem ją za rękę i wyprowadziłem z budynku. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do domu.
- Ona nie może być z innymi... nie może.. przecież to my jesteśmy dla niej jak rodzina! - zaniosła się płaczem.
Nie miałem pojęcia co robić. To prawda, jesteśmy w kropce i w takiej sytuacji, nie możemy nic zrobić.
- Kochanie, proszę. Nie płacz, dziecku napewno jest przykro..
- Michael, to dzięki Adele pokochałam ją! - wskazała na brzuch.
- Ją? - zdziwiłem się. - Skąd wiesz, że to jest Ona?
- Na ostatniej wizycie lekarz mi powiedział..
- Ale mówiłaś, że jeszcze nie określili..
- Chciałam aby to była niespodzianka.. cieszysz się? - uśmiechneła się, jednak łza dalej spływała jej po policzku.
- Jasne, że się cieszę! - przytuliłem ją i akurat dojechaliśmy na miejsce. - Trzeba przygotować pokój! Kupić rzeczy, zabawki, jezu Jenna, to jest dziewczynka! - wystrzeliłem z samochodu i zacząłem skakać jak wariat. Jenna powoli wyszła z mną i zaczęła cicho chichotać.
- Kocham Cię, Michael. - wyciągnęła ramiona w moją stronę abym ją przytulił. Podbiegłem a ta momentalnie osunęła się na ziemię. Zdążyłem ją złapać, ale była nie przytomna. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe.
- Chris! Chris! - zacząłem krzyczeć.
- Co się stało? - wyleciał z samochodu.
- Jedziemy do szpitala, szybko!
Wsiadłem z moją ukochaną do samochodu i ruszyliśmy do pobliskiego szpitala.
Wpadłem tam z Jenną na rękach. Lekarze od razu się zainteresowali ze względu na moją osobę, ale nie to było istotne w tamtej chwili.
- Pomócie jej, błagam. - wyszeptałem kiedy zabrali ją na łóżku na kółkach.
Po godzinie siedzenia na korytarzu razem z Christopherem lekarz poinformował, że była to tylko utrata przytomności. Ani Jennie, ani dziecku nic nie jest.
Weszłem do sali i zauważyłem Jennę leżącą na łóżku.
- Dała mała czadu, co? - zaśmiała się.
- Będzie taką łobuziarą, jak Ty. - uśmiechnąłem się życzliwie i pocałowałem ją w czoło.
- Nieźle zaczęła kopać, do tego ta sprawa z Adele, nagle zrobiło mi się gorąco i czarno przed oczami..
- Już wszystko dobrze.. zaraz się stąd zbieramy.. ale szczerze, strasznie mnie przestraszyłaś..
- Zaraz? Lekarze mnie wypuszczą?
- A nie? - zdziwiłem się. - Zaraz wrócę.
Weszedłem na korytarz w poszukiwaniu jakiejś pielęgniarki. Na moje szczęście złapałem tego samego lekarza co informował mnie o stanie Jenny.
- Przepraszam, czy Jenna Jackson może zostać wypisana?
- Dzisiaj? Raczej wątpię.
- A.. dlaczego? - dopytywałem dalej.
- Panie Jackson, Pańska żona jest w ciąży, która jest bardzo dobrze rozwinięta, możliwe, że poród odbędzie się wcześniej, całkiem gwałtownie. Musi zostać na obserwacji.
- Wcześniej? Ale to dopiero 8 miesięcy.. - zrobiłem wielkie oczy.
- Spokojnie, takie sytuacje się zdarzają, nie ma co się martwić. Dziecku nic nie groźi. Ale kobiety w ciąży nie mdleją od tak sobie, dlatego musi zostać.
- Na ile..? - zapytałem zrezygnowany.
- Nie więcej niż tydzień. Tak sądzę.
- Tydzień?!
- Niech Pan jeszcze idzie do żony póki może, zaniedługo koniec odwiedzin. Miłego dnia życzę. - odparł i odszedł.
Ruszyłem w stronę sali gdzie leżała Jenna.
- Kochanie, musisz...
- Zostać, tak wiem. - dokończyła. - Pielęgniarka mnie poinformowała. Ale wszystko jest w porządku, więc nie ma co się martwić. - uśmiechnęła się.
- Co ja zrobię, jak Ciebie w domu nie będzie?
- Dasz sobie radę, to tylko pare dni.
- No w sumie tak, ale wiesz..
- Panie Jackson, koniec odwiedzin, proszę się pożegnać. - stanęła w progu pielęgniarka.
- Pa, kochanie. Jutro do Ciebie przyjdę, obiecuję. - pocałowałem ją i ruszyłem ku drzwiom.
- Mike?
- Tak? - odwróciłem się.
- Przywieziesz mi jutro ubrania i kosmetyki?
- Jasne. - usmiechnąłem się.
- No to pa, kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - puściłem buziaka na wiatr i wyszedłem.

* * *

Kiedy wróciłem do domu było już dość późno więc postanowiłem odrazu iść spać. Poszedłem do łazienki, później coś zjadłem i miałem zamiar iść spać, ale Bill zadzwonił z prośbą o wolne jutro, ponieważ ma komunię siostrzenicy i musi koniecznie tam być. Oczywiście wyraziłem zgodę i zaraz po odłożeniu telefonu położyłem się spać. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
"O tej porze?"
Zszedłem na dół i za drzwiami ujrzalem Caroline.
- Co Ty tu robisz, o tej godzinie? - zapytałem zdziwiony. Kiedy dziewczyna zaczęła się robić czerwona jak burak zorientowałem się, że jestem w samych dresach. - Oh, przepraszam Cię, miałem iść spać. - zarzuciłem na siebie koszulę.
- Nie.. nic się nie stało.. tylko brat dzisiaj po mnie nie przyjechał i nie mam jak wrócić..
- Zamówić Ci taksówkę?
- Jeżeli możesz. - uśmiechnęła się. Naciagnęła rękawy na całe dłonie i się nimi otuliła.
- Zimno Ci? Wejdź na chwilę, poczekasz w środku. Caroline weszła do przedpokoju a ja zamówiłem taksówkę.
- Zaraz przyjedzie, mam poczekać z tobą?
- Jeżeli chcesz iść odpocząć to nie musisz tutaj ze mną siedzieć. - zaśmiała się.
- Nie no, aż tak zmęczony nie jestem. - zawtórowałem.
- A co takiego się działo jeśli mogę wiedzieć?
- Jenna wylądowała w szpitalu, ale to nic poważnego, teraz jest na kontroli..
- Eh.. ciąża to wielki kawał do zgryzienia, prawda?
- J napewno jest ciężko, ale dajemy radę, jak jestesmy we dwójkę, wszystko przezwycięzymy.
- Oh, doprawdy? - uniosła brew kiedy zauważyłem jaskrawy znaczek "Taxi".
- Uważaj na siebie po drodze, jest już bardzo późno. - usmiechnąłem się, odprowadzając ją do samochodu.
- Dzięki, Michael, dobranoc. - odwzajemniła uśmiech i odjechała.
Wróciłem do sypialni i ulokowałem się do spania. Zamknąłem oczy, kiedy usłyszałem, że drzwi od pokoju się otwierają. Stała tam Caroline.
- Hej, Michael, nie mam jak wrócić do domu.. - ruszyła kocim ruchem w stronę łóżka i pocałowała mnie w usta.
- Hej, co ty wyprawiasz? - zerwałem się. - Przecież zamówiłem Ci taksówkę..
- Wolę zostać tu.. - zaczęła mnie całować i dotykać, kiedy się przekręciłem i zlądowałem z łóżka. Ocknąłem się i zauważyłem, że wszystko jest w najlepszym porządku. Leżę spokojnie w łóżku, Caroline nigdzie nie ma, a więc to był tylko sen. Zwykły, głupi sen...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jenna:
- Na trzy cztery? - złapaliśmy obydwoje telefony z wpisanymi numerami rodziców.
- Tak.
- Trzy, czte...ry! - klikneliśmy zielone słuchawki i czekaliśmy na sygnał.
- Ha! Moi nie odbierają! - wydarł się Michael.
- No hej Anet.. - wyszeptałam i spojrzałam na Michaela, który gapił się na mnie.
- Kłamczucha! - powiedział z wyrzutem a ja położyłam palec na jego ustach na znak aby był cicho. Poszłam do salonu i kontynuowałam rozmowę.
- Jesteś tam?
- Tak, tak... mam wiadomość dla Ciebie..
- No dawaj!
- Jestem w ciąży!
- O matko, naprawdę?! Jezu, nareszcie się doczekałam!
- Ja też.. - odparłam mniej pewnie ale dalej się uśmiechałam.
- Chłopczyk czy dziewczynka? - pytała.
- Jeszcze nic nie wiadomo, jest wielkości ziarenka gorczycy, góra groszku.. - zaśmiałam się.
- ...nie wiem jak wygląda gorczyca.. ale to nie ważne, jak się dowiecie, jaką będzie miało płeć, mam być pierwsza powiadomiona!
- Oczywiście.. trochę głupio, że tak przez telefon ale wszyscy mieszkają bardzo daleko.. rodzice jedni i drudzy w Hollywood, a Ty to już w ogóle...
- Nic się nie stało, jest wspaniale! My z Davidem planujemy, ale to wiesz..
- Tak naprawdę, to nie planowaliśmy..
- Wiesz co? Muszę kończyć, ale zadzwonię dzisiaj, góra jutro wieczorem, okej? Buziaki dla waszej TRÓJKI, Pa!
- No papa, do usłyszenia.
Położyłam telefon i poszłam do Michaela.
- Od kiedy twoja mama nazywa się Anet? - zaśmiał się.
- Oj no, mimo wszystko, boję się reakcji rodziców na zmiany w moim życiu. Nie lubię ich powiadamiać o takich rzeczach.
- Ale to nasze dziecko, muszą wiedzieć..
- Ale jeszcze nie wiedzą o tym, że mieszkam teraz tutaj.
- Przecież gazety o tym trąbią.
- Oni tego nie czytają, a jak czytają to nie wierzą. Zawsze czekają na wiadomość ode mnie, czyli na potwierdzone informacje.
- Musisz do nich zadzwonić, nie powtarzajmy sytuacji..
- Dobra. - powiedziałam stanowczo.
- Ja spróbuję dodzwonić się do swoich.
- Okej, teraz naprawdę?
- Tak.
- Trzy...czte..ry.

* * *

Michael:
- Dobra, to ja wychodzę.
- Michael? Mogę iść do zwierząt?
- Jasne, dlaczego mnie o to pytasz?
- Ostatnio dręczą mnie myśli, że może mobłabym opiekować się niektórymi zwierzakami, w końcu mam wykształcenie..
- Jeżeli bardzo chcesz, to masz wolną rękę, tylko nie rób tego sama, najlepiej zapytaj sie Marry lub Percy'ego, zwierzęta są pod ich opieką. - uśmiechnąłem się.
- Bill nie chciał mnie puścić..
- Bill jest taki z natury, poza tym został z tobą sam na sam, jeżeli by Ci się coś stało, zatłukł bym go.
- Auć.. - mruknęła. - Bolesne.
- Ale prawdziwe, nie wybaczyłbym sobie, gdyby Ci się coś stało.
- Czyli mogę iść czy nie?
- Możesz.
- Nawet jakbyś powiedział "nie" to bym poszła. - pokazała mi język.
- Menda. - podeszłem i ją pocałowałem, bardzo namiętnie.
- Idź już kochasiu, wieczorem się policzymy. - puściła mi oczko i zakręciła tyłkiem, po czym wyszła.
"Uwielbiam ją".
Ruszyłem z Christopherem i Billem w drogę. Dzisiaj mam przeprowadzić wywiad. Nie mam na to ochoty, ale ostatnio znowu zaniedbałem moje życie publiczne. Kiedy dojechaliśmy na miejsce Sam i Frank już tam byli.
- No witaj moja upadła gwiazdo. - powiedział sarkastycznie Sam.
- Upadła? - zdziwiłem się.
- Musisz zacząć grać więcej koncertów i udzielać więcej wywiadów..
- Siemanko! - przywitał mnie Frank, jednocześnie przerywając Samowi.
- Cześć, cześć.. gdzie ten wywiad ma się odbyć?
- W tym budynku na trzecim piętrze, idziemy z tobą spokojnie. - zaśmiał się Frank.
Zanim weszliśmy do budynku rozdałem pare autografów, bo jak mogłby się bez tego obejść. Wdrapaliśmy się po schodach na trzecie piętro, bo jak się okazało windy były zepsute.
Weszłem do pokoju, gdzie siedziała obca mi kobieta i stało dwóch mężczyzn z kamerami. Przywitali mnie bardzo serdecznie, po czym usiedliśmy na fotelach i zaczęła zadawać mi pytania.

Jenna:
Szłam spacerkiem w stronę zoo i analizowałam rozmowę z rodzicami. Bardzo ucieszyli się z wiadomości o dziecku, ale słabo zareagowali, kiedy potwierdziłam informacje na temat tego, że ja i Michael przeprowadziliśmy się do Neverlandu. I tak poszło lepiej niż myślałam. Mama Michaela bardzo entyzjastycznie podeszła do sprawy i już chciała kupować ubranka dla dziecka, Josephowi znowu, wszystko było obojętne.
W końcu doszłam do zagrody ze słoniami. Są to jedne z ulubionych zwierząt Michaela. Zawsze mówił, że to taki miłe i łagodne olbrzymy. Ja lubię wszystkie zwierzęta, ale to prawda, słonie mają coś w sobie takiego, że mimo iż są wielkie, nie boję się ich. Podeszłam do kobiety która akurat wychodziła z zagordy.
- Przepraszam..
- Oo, dzień dobry Pani Jackson.
- Dzień dobry Pani..
- Merry. - uśmiechnęła się i podała mi rękę.
- Może przejdźmy na ty? Nie lubię określenia "Pani"..
- Oh, oczywiście. W takim razie.. czego tutaj szukasz Jenno? - spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Miała jasnoniebieskie oczy i już troche podsiwiałe włosy. Cały czas emanowała z niej dobra energia. Bez przerwy się uśmiechała.
- Chciałabym zapytać, czy mogłabym się przyłączyć do opieki nad zwierzakami.. pare lat temu ukończyłam jakby prywatne studia weterynaryjne i bardzo bym chciała robić coś w tym kierunku, do tej pory nie miałam gdzie..
- Naprawdę, chciałaby Pa.. chciałabys? - poprawiła się.
- Bardzo. - uśmiechnęłam się.
- Jasne, że możesz się przyłączyć, Jenno. Nie dziwię się, że wybrałaś akurat słonie. Są piękne..
Merry zaczęła oprowadzać mnie po zagrodzie dla słoni, pokazywać jak one czują i co trzeba robić aby niczego im nie brakowłało. Cały dzień tam spędziłam. Wypytała starszą Merry o wszystko, gdyż bardzo mnie dziwiło, że kobieta, która ma więcej niż 55 lat, daje radę z tyloma zwierzętami. Co prawda są jeszcze inni, ale ona ma największe doświadczenie.
W końcu cały Neverland opustoszał, bo był już wieczór. Odprowadziłam pracowników zoo pod bramy Neverlandu i wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie i nawet nie chciało mi się sięgać po książkę. Teraz wszystko mam na żywo, nie tylko na obrazkach. Michael długo nie wracał a mi oczy powoli zaczęły się zamykać. W koncu nie wytrzymałam i powędrowałam do łazienki aby się wykąpać. Ułożyłam się w łóżku i kiedy prawie zasypiałam Michael wpadł do pokoju.
- Hej, kochanie. - nachylił się nade mną i dał buziaka w policzek.
- Cześć.. - szepnęłam bo już nawet mówić mi się nie chciało.
- Zaraz wracam. - powiedział łagodnie i wyszedł. Kiedy wrócił był już gotowy do spania. Położył się obok mnie, objął w pasie i mocno przytulił.
- I jak tam zoo? - szepnął.
- Było wspaniale.. - odparłam trochę śpiąca.
- A może.. - przejechał ręką wzdłuż mojego ciała po którym momentalnie przeszły dreszcze. Ale nie, zmęczenie brało górę.
- Dzisiaj nie, jestem zmęczona..
- No proszę..
- Nie dzisiaj, Michael.. nie dziś.. - po tych słowach oczy mi się zamknęły i zasnęłam. Spało mi się bardzo dobrze, bo po pożądnym i pracowitym dniu zawsze najlepiej się śpi. Jednak jak nigdy, obudziłam się o 2.00 w nocy. Rozejrzałam się po pokoju, spojrzałama na godzinę a później na mojego męża, który wyglądał bardzo uroczo kiedy śpi. Był wtulony w poduszkę a jedną ręką obejmował mnie. Odwróciłam się do niego twarzą i próbowałam spowrotem zasnąć.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Michael:
- Michael, a jak on powie, że coś jest nie tak z naszym dzieckiem?
- Nie powie, będzie dobrze. - uśmiechnąłem się i kontynuowałem zakładanie koszuli.
- A jak powie, że są jakieś komplikacje i będę musiała chodzić na badania?
- Nic Ci nie będzie. - odparłem.
- A jeżeli zapyta kiedy się kochaliśmy?
- To po prostu powiesz kiedy. - westchnąłem i ją przytuliłem. - Ubieraj się już bo się spóźnimy. - pocałowałem ją w nos.
- Ale ja się boję..
- Nie masz czego.. - próbowałem podeprzeć ją na duchu. - Nie zadawaj już pytań, tylko wyskakuj z piżamy, ubierz się i lecimy. - puściłem jej oczko i wyszedłem z sypialni.
Szczerze mówiąc też się stresuję. Co jak co, ale to dziecko mimo, że do końca nie ma ludzkiej postaci, musiało dużo przejść. Napewno więcej niż każde inne. Zdenerwowana mama, to dla niego chyba koszmar. Dzisiaj się wszystkiego dowiemy. Jestem bardzo podekscytowany i jednocześnie zestresowany.
Poczekałem chwilę przy drzwiach, aż w końcu moja żona się zjawiła. Wzieliśmy się za ręce i poszliśmy do samochodu. A kiedy wsiedliśmy...
- Michael, a jeśli lekarz powie, że to będzie chłopczyk?
- To będę najszczęśliwszym tatą na świecie. - próbowałem być cierpliwy, ale te pytania doprowadzały mnie do szału.
- A jak dziewczynka?
- Będę ją kochał nad życie.
- Ale już nie będziesz szczęśliwy?
"Boże jak ja to przetrwam".
- Będę. - zrobiłem wymuszony uśmiech i odwróciłem się w stronę okna.

* * *
- Boję się.. Mike'e, boże, ja nie chcę tam iść. - patrzyłam na drzwi z napisem "Lekarz ginekolog".
- Obojętne mi jaką będzie miało płeć wiesz? - powiedziałem łagodnie i ją przytuliłem.
- Przecież nie powie nam dzisiaj tego.. jest stanowczo za wcześnie na określanie płci.
- Ale w samochodzie mówiłaś...
- Pytałam ogólnie, przecież Ono jest jeszcze stanowczo za małe, głuptasie. - przewróciła oczami a mi zrobiło się głupio. Chciałem być wsparciem, a okazuje się, że nie wiem nic o kobietach w ciąży.
- Chodź. - zmieniłem temat i złapałem ją za rękę. Ta nagle zmieniła nastawienie i zaczęła się opierać.
- Nie.. przyjdźmy kiedy indziej.. jeżeli dziecku coś się stało przez moją bezmyślność to nigdy sobie tego nie wybaczę..
- Będzie dobrze, kiedyś trzeba, nie? - uśmiechałem się jednocześnie bezskutecznie popychając ją w stronę drzwi.
- Nie chcę..
- To się skończy źle, ja Ci to mówię.. - pokręciłem głową.
- Co masz na myśli? - skierowała wzrok na mnie a ja złapałem ją w pasie i wziąłem na ręce.
- Teraz idziemy.
- Michael, proszę! - krzyczała ale wiedziałem, że jak ją puszczę to mi normalnie zwieje. Weszliśmy do gabinetu a jak się okazało Pani a nie Pan lekarz wybuchła śmiechem.
- Ojojoj, widzę tutaj niezłego stracha co? - powiedziała rozbawiona. - Nie ma się czego Pani obawiać.
- Obiecujesz, że jak Cię postawie, to się uspokoisz? - zaśmiałem się.
- Tak, puść mnie. - mruknęła i stanęła obok mnie.
- Ale Pana, Panie Jackson muszę prosić o opuszczenie gabinetu. - podeszła i skierowała mnie do drzwi.
- Ale, ale dlaczego?
- Nie wierzę, że Pan pyta.. - pokręciła głową.
- Przecież my i tak..
- Poczeka Pan tutaj góra 20 minut, dobrze? - uśmiechnęła się.
Skinąłem głową na znak "tak".
- Powodzenia! - krzyknąłem przez ramię Pani lekarz i drzwi się zamknęły.

Jenna:
- Czemu Pani taka spięta? - zapytała szperając w papierach.
- Boję się.. ponieważ..
- Hm? - zmarszczyła brwi.
- Może najpierw Pani mnie zbadać? Chcę mieć pewność, że wszystko jest w porządku..
- Oczywiście.. - uśmiechnęła się i poklepała mnie po ramieniu. Najwidoczniej wyczuwała mój strach.
Badania wykazały, że nie ma żadnych komplikacji i to maluteńkie dzieciątko jest okazem zdrowia, pomimo tego, ze jeszcze jako takim dzieckiem nie jest. Ta wiadomość mnie bardzo ucieszyła, nie mogłam usiedzieć na miejscu, bo chciałam poinformować Michaela.
- Niech jeszcze Pani czeka, zadam pare pytań. - wzięła jakiś notes i zaczęła wypytywać o różne rzeczy. Niektóre jak na mój gust za bardzo prywatne, ale cóż, jak trzeba to trzeba.
Wyleciałam z gabinetu cała w skowronkach. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Michael gdy tylko mnie zobaczył odrazu się rozpromienił.
- Wiedziałem! - krzyknął, wziął mnie w objęcia i zakręcił się dwa razy wokół własnej osi. Zawsze mnie to bawiło, ale odkąd jest ze mną ktoś jeszcze, troche mnie mdli.
- No już, już. - dałam znak aby przestał. Mike odrazu mnie postawił i wpatrywał się jakby widział mnie pierwszy raz.
- Kocham Cię. - pocałował mnie i zaraz dodał. - I Ciebie też maluszku. - pogłaskał mnie po brzuchu, a po moim ciele przeszedł dreszcz. Właśnie sobie uświadomiłam jak dobrym tatą będzie Michael. Wcześniej nie brałam tego pod uwagę, ale teraz.. tak bardzo się troszczy i opiekuje, nie mogę się doczekać kiedy Ono wyjdzie na świat.
- Ja Ciebie też, przyszły tatusiu. - pocałowałam go w nos. - Chodźmy już stąd. - pociagnęłam go w stronę wyjścia.
Gdy przyjechaliśmy do domu w ogóle nie chciało nam się siedzieć, więc poszliśmy na spacer po Neverlandzie. Z wielką chęcią zobaczyłabym się z Adele, tylko nie wiedziałam gdzie może być. Było tam naprawdę dużo dzieci, a dzisiaj to jakoś szczególnie.
- Szkoda, że nie ma tutaj gdzieś Adele. - zaczęłam się rozglądać.
- Oh, tak słyszałem, że się zaprzyjaźniłyście. - uśmiechnął się. Najwidoczniej był bardzo zadowolony z tego powodu.
- Kiedy o niej myślę robi mi się smutno..
- Dlaczego? Przecież to tak pozytywna dziewczynka.
- Ale ona nie ma rodziców, nie zasługuje na to..
- Ah, tak.. masz rację, to jest bardzo przykra sprawa.. - spuścił głowę. - Ale wiesz? Chyba się domyślam gdzie może być. Chodź. - pociągnął mnie za rękę.
Wyszliśmy na takie pustkowie, że w życiu bym się nie spodziewała tutaj żadnej żywej duszy, tym bardziej małej dziewczynki, ale wbrew moim domysłom była tam. Siedziała na trawie i pletła wianek z rosnących tam kwiatów.
- Cześć, mała. - uśmiechnełam się i usiadłam obok niej. Michael mi zawtórował. Adele nie odpowiadała więc postanowiłam zacząć temat.
- Śliczny wianek, wiesz?
- Dziękuję. - odparła dalej wpatrując się w białe stokrotki.
- Hej, a może chciałabyś z nami pójść na diabelski młyn? - wtrącil się Michael. Był bardzo wesoły i najwyraźniej chciał rozruszać małą mulatkę. Zawsze była trochę przygnębiona kiedy ją spotykałam.
- A będzie wata cuklowa? - zarobiła wielkie oczy.
- Jasne, że będzie! - odpowiedział i wziął dziewczynkę na barana a ta zaczęła się głośno śmiać.
- Idziesz? - odwrócił sie Michael.
- Idźcie, ja was dogonię.. no wiesz, ja nie bardzo na diabelski młyn.
- Jasne. - puścił mi oczko i założył Adele swój kapelusz, który był na nią za duży o conajmniej o 4 rozmiary. Wyglądała prześmiesznie, ale dobrze się bawiła. Po raz pierwszy widzę ją w takim stanie. Raz chyba jej się zdarzyło do mnie uśmiechnąć, a kiedy była z Mike'm śmiała się ciągle. Teraz już kompletnie mam pewność, że to jest właśnie ten, jedyny, niepowtarzalny Michael.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Michael:
- Jenna? Jak dobrze Cię słyszeć! Nie długo wracam do domu. - uśmiechnąłem się do słuchawki.
- Nie musisz, jakoś daję rade. - odparła surowym tonem a mi po plecach przeszły ciarki.
- Hej, nie bądź zła, przepraszam. Miałaś rację, nie powinienem wyjeżdżać w takim momencie..
- Powiedziałam, że nie musisz. Bill się dobrze sprawuje.
- Dzwonił wczoraj do mnie.. i mówił, że wcale nie jest dobrze..
- A mówił Ci też, że chce wezwać psychologa?! Wyobrażasz to sobie?! Traktuje mnie jak wariatkę..
- On wcale tak nie myśli, chce dla Ciebie.. dla nas dobrze.. - zastanowiłem się przez chwilę. - Nie ma bata, przyjeżdżam jutro. - powiedziałem stanowczo.
- Jak chcesz. - po tych słowach się rozłączyła. Zrozumiałem, że sytuacja jest bardzo poważna. Jenna jest inna, nigdy się tak nie zachowywała. Pobiegłem szybko do Sama i Franka.
- Chłopaki, wracamy.
- Że co? - skrzywił się Sam.
- Musimy.. J.. jest w złym stanie, boję się, że coś sobie zrobi..
- Michael, nie. Tym razem nie. - odparł.
- Ale o co chodzi? Coś nie tak z dzieckiem? - wtrącił się Frank.
- To z moją żoną jest coś nie tak. Cały czas dręczą mnie straszne myśli. Nie wiem czy nie zrobi czegoś głupiego.. ponoć ma huśtawki nastroju i Bóg wie co przyjdzie jej do głowy. Proszę.. zrozumcie.. - czułem, że popadam w lekki obłęd. Ręce zaczeły mi się trząść a oczy latać we wszystkich kierunkach.
- Znowu? Ty sobie wyobrażasz jak wszyscy na tym cierpimy? A fani? Ludzie zacznął wypisywać kolejne głupoty..
- Zagraliśmy dopiero jeden koncert, jeszcze nie wszystko stracone.. a właściwie nic.. - przypomniało mi się, jak sam bałem się o reputację, ale teraz tematem moich myśli była moja żona i nasze dziecko...
- Sam, on ma rację. Skoro sytuacja jest aż tak poważna...
- Przez was będę miał sporo kłopotów. - popatrzył na nas spod byka.
- On wie co mówi, kiedy idzie o dzieci..o chłopie. - oparł się o moje ramie a ja się lekko uśmiechnąłem.
- Dzięki, wynagrodzę wam to.
- Nie wątpie. - mruknął Sam.
Rzuciłem się do wyjścia i pobiegłem do pokoju spakować walizkę. Przyjechaliśmy tu wczoraj, więc nie miałem wiele do roboty. Za jakąś godzinę byliśmy już w samochodzie.
- Ale wiesz, że dojedziemy tam dopiero jutro?
- Nie jestem aż tak głupi.. - przewróciłem oczami i specjalnie go ignorując, swój wzrok pokierowałem za okno.
- Hej, stary wyluzuj. - odezwał się Frank i poczochrał mi włosy.
- Przestań. - zabrałem jego rękę.
- Bo Ci fryzurkę popsuje? - zaśmiał się a Chris i Sam mu zawtórowali. Nie wiem dlaczego było im tak do śmiechu. Bardzo się bałem o J a oni śmiali się przez całą drogę. Przynajmniej im humor dopisywał w przeciwieństwie do mnie...

* * *

Chyba zasnąłem w samochodzie, bo mało co pamietam z podróży. Ocknąłem się pod samym Neverlandem. Na jego widok szeroko się uśmiechnąłem. Wyparowałem z samochodu i ruszyłem w stronę bramy. Wbiegłem do środka w mgnieniu oka.
- Jenna?! Jenna! Jesteś tu?! - krzyczałem i chodziłem po całej posiadłości ale nikt mi nie odpowiadał. Wszedłem do domu. Na kanapie ani w kuchni też jej nie było. Powędrowałem więc do łazienki i na końcu do sypialni. W duchu się zastanawiałem dlaczego odrazu nie przeszukałem domu, ale może to poprostu moja podświadomość i dwudniowa tęsknota kazała przejść się najpierw po Neverlandzie.
- Kochanie! Jestem! - wydarłem się widząc Jennę leżącą na łóżku, ta jednak nie zareagowała. - Hej, Jenna. - podszedłem powoli i pogłaskałem ją po policzku, kiedy zauważyłem pudełko po tabletkach nasennych w jej ręce. Było puste. - Jezu.. - wyszeptałem. - Proszę, nie! Pospiesznie sprawdziłem puls i to, czy oddycha. Wszystko było dobrze, ale nie ruszała się, musiałą stracić przytomność. Kiedy zauważyłem telefon na biurku, prędko pobiegłem w jego stronę kiedy rozległ się śmiech.
- Nabrałeś się, co? - zapytała Jenna przez śmiech. Była cała i zdrowa siedziała na łóżku i najzwyczajniej pokładała się ze śmiechu.
- Matko! - wydarłem się i podeszłem ją przytulić. - Jak mogłaś? - powiedziałem kiedy się odsunąłem.
- Wiarygodnie to wyglądało? - zauważyłem w jej oczach obłęd. Coś stanowczo jest nie tak.
- Jenna, czy ty naprawdę wziełaś te tabletki?
- Jedną, chciałam zasnąć ale i tak się nie udało.. - spuściła głowę.
- Co Ty wygadujesz.. nie możesz brać leków, które Ci wpadną w ręce! Zaszkodzisz dziecku. - spoważniałem i ciągle wpatrywałem się w jej podkrążone oczy.
- Czujesz dym? - skrzywiła się.
Tak, czuję. Wybiegłem z pokoju prosto do kuchni, w której panował czarny dym z piekarnika. Kiedy go otworzyłem w środku znajdował się zwęglony kurczak. Pokręciłem z rezygnacją głową i dosłownie nie wiedziałem co robić. Może psycholog to jest dobry pomysł?

Jenna:
Był już wieczór. Nie wiem dlaczego, ale akurat tego dnia czułam się bardzo dobrze. Ciągle chciało mi się z czegoś śmiać. Michael za to był bardzo zagubiony. Wysprzątał całą kuchnię, po moim nie udanym obiedzie, zupełnie zapomniałam o tym kurczaku. No cóż, trudno. Siedziałam na łóżku i jadłam paluszki cebulowe, kiedy wszedł Mike.
- Jenna, musisz iść do lekarza. - powiedział poważnie.
- I Ty mnie wysyłasz do psychiatry?
- Psychologa.. - poprawił po czym dodał. - Nie do tego lekarza. - westchnął. - Słuchaj, będziemy mieć dziecko. Po tych wszystkich akcjach, które tu odstawiłaś.. bo również włączyłaś gaz nie zapalając go.. rozprzestrzenił się po całym salonie.. to nie wiadomo w jakim stanie jest nasze dziecko, wiesz? - zesmutniał. Jego brązowe oczy się lekko zaszkliły a ja poczułam kluchę w gardle.
- Przepraszam, Michael.. - zachciało mi się płakać, ale starałam się tego nie okazywać, poprostu przylgneliśmy do siebie i chciałam tak spędzić wieczność.
- Jestem w stanie zrozumieć Twoje zachowanie, może po prostu wystraszyłaś sie ciąży, ale nie sądziłem..
- Że będę aż tak okropna? - dokończyłam. - Tak, wiem i dlatego z całego serca Cię przepraszam..
- Nic się nie stało. - poczułam jak się uśmiecha.
- I Ciebie też.. - pogłaskałam się po brzuchu a Mike się odsunął.
- Jak myślisz, to będzie dziewczynka?
- A chciałbyś? - otarłam spływającą łzę i się do niego szeroko uśmiechnęłam.
- Bardzo. Była by tak śliczna jak Ty. - dał mi buziaka w policzek.
- Chciałabym aby oczy miała lub miał po tobie..
- Czemu? - uniósł brew.
- Bo brązowe oczy są najładniejsze. A twoje w szczególności. - przusnęłam się i go pocałowałam, tym razem w usta.
- Wiesz, że Adele jest sierotą? - odezwałam się po dłuższej ciszy.
- Naprawdę? O jeju.. a taka kochana dziewczynka.. - oparł się jedną ręką o łóżko.
- Chyba nikt o tym nie wiedział.. to jest smutne, że tyle dzieci nie ma rodziców.. nasze ma wyjątkowe szczęście, nie sądzisz? - spojrzałam na swój brzuch i wyobraziłam sobie siebie z taką ogromną kulką z przodu.
- Oj tak. - przyłożył moją rękę do brzucha. - Nie mogę się doczekać, kiedy zacznie kopać. - zaśmiał się.
- Dziwię się, że to mówię, ale ja też. - zawtórowałam mu.
- To co z tym lekarzem? - zmienił temat.
- Dobrze.. pójdę, ale pod warunkiem, że Ty pójdziesz ze mną.
- Oczywiście. Pójdę za tobą wszędzie. - przysunął się i zaczeliśmy się całować. Michael zdjął koszulę, ja swoją bluzkę, ale nagle coś mnie zatrzymało.
- Hej, czekaj.. - oparłam ręce na jego klatce piersiowej.
- Co jest?
- My tak możemy? Teraz...? - spojrzałam na niego znacząco.
- Jasne, że tak.. - nachylił się aby kontynuować ale mnie coś nie pokoiło.
- No zaczekaj. - zaśmiałam się.
- Co znowu? - przewrócił oczami i się uśmichnął.
- Skąd możesz to wiedzieć? Czekaj sprawdzę.. - wyślizgnęłam się spod jego ciała i pobiegłam na dół po laptopa.
- Coś Ty, mam czekać? - odparł i poszedł za mną.
Usiedliśmy przed laptopem i zaczęłam wyszukiwać informacji na ten temat.
- O popatrz, tutaj jest jakiś wywiad z lekarzem.. - zauważyłam i zaczęłam czytać na głos. - "Jeżeli ciąża rozwija się prawidłowo, to nie ma żadnych przeciwskazań... - nie zdążyłam doczytać bo poczułam jak Michael wsuwa ręcę pod moją koszulkę, którą wcześniej zadążyłam założyć spowrotem i rozpina biustonosz. Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Oddychał bardzo szybko, a bicie serca mogłam usłyszeć bez dotykania klatki piersiowej.
- A nie mówiłem... - wyszeptał i ściągnął moją koszulkę.
Przez te emocje nie mieliśmy nawet czasu na pójście do sypialni więc przystaliśmy na salonie. Po długiej i "męczącej" nocy w końcu poszlismy spać. Z tego co widziałam przed zamknięciem powiek była godzina 5.34. Nie wiem z jakiego powodu ale przyśniła się mała Adele...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Jenna:
- Naprawdę?
Adele nie odpowiedziała tylko dalej przyglądała się żyrafom.
- Adele? Halo? A gdzie twoja opiekunka? - pytałam dalej a Bill nam się przyglądał.
- Moja mama jest aniołkiem, wiesz? - na te słowa łzy napłynęły mi do oczu a Bill złapał mnie za ramię i odciągnął od małej dziewczynki.
- Hej, co Ty robisz.. - wyjąkałam ciągle mu się wyrywając.
- Jenna, uspokój się. - spojrzał mi prosto w oczy. - Ona jest jeszcze mała i niczego nie rozumie. Nie pokazuj jej, że płaczesz, może to źle odebrać..
- A słyszałeś co powiedziała? - poczułam jak łza spływa mi po policzku. - Powiedziała, że jej mama jest aniołem.. jej rodzice nie żyją.. ktoś za wcześnie jej to powiedział..
- Przestań! - lekko mną szarpnął. - Chodź, idziemy do domu.
- Ale..
- Nie ma ale, idziemy.
Bill przez cały czas trzymał mnie za ramię dopóki nie weszliśmy do domu.
- Siadaj i słuchaj. - powiedział łagodnym tonem. Posłusznie wykonałam to co kazał. Wytarłam łzy i spojrzałam na niego.
- Jenna, jesteś w totalnej rozsypce psychicznej. Normalna kobieta, bez obrazy dla Ciebie, nie płacze z takiego powodu.. - Nic się nie odzywałam, słuchałam jak małe dziecko Pani w przedszkolu. Bill widząc moją minę kontynuował dalej. - Proponuję kogoś do pomocy.
- Co?!
- Pomyślałem o psychologu.
- Nie.
- Jenna, ktoś musi Ci pomóc, myślałem, że jest z tobą lepiej.
- Nie chcę, dam sobie radę! Mam 28 lat, jestem dorosła i wiem czego mi trzeba a czego nie!
- Nie krzycz, nie wiesz co mówisz...
- Nie bardziej niż Ty! Bill, Ty chcesz wezwać psychologa, rozumiesz?!
- Wiem co chcę zrobić i uważam, że to dobry pomysł..
Nie czekając aż skończy pobiegłam na górę i zamknęłam się w sypialni. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać w poduszkę.

Michael:
- Nie wierzę normlanie.. - pokręciłem głową.
- Michael, nie wiem czy dam radę ją do tego nakłonić. W pewnym momencie myślałem, że się udało a..
- Jest tylko gorzej.. - dokończyłem. - Co się dzieje?
- Jest jeden plus. Przekonała się do dzieci.
- Naprawdę?! To wspaniale! - wydarłem się i chciało mi się aż skakać z radości.
- Ale nie panuje nad uczuciami. Dzisiaj się rozpłakała a dopiero co była bardzo szczęśliwa, zaprzyjaźniła się z tą Adele.
- Ah, tak.. cudowna dziewczynka. - uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Michael, pomóż.
- Boże, Bill, co ja mam teraz zrobić po tym co usłyszałem? Drugi raz przerwać trasę? Ludzie nie dadzą nam żyć..
- Co masz na myśli? - zciszył ton. Domyśliłem się, że gdzieś w pobliżu była Jenna.
- "Michael Jackson znowu przerwał trasę, dlaczego?" - zapewne tak będą brzmiały tytuły gazet..
- Boję się o nią, nigdy nie widziałem jej w takim stanie..
- A ja, obawiam się, że tak.

Jenna:
- Przecież wiadomo, że on nie przyjedzie! - wparowałam do salonu gdzie rozmawiał Bill z Michaelem. - Słyszałam wszystko. - założyłam ręce.
- Muszę kończyć.. - powiedział i odłożył telefon. - A ja myślę całkowicie inaczej.
- Wiem, że nie przyjedzie. Który troskliwy mąż wyjechałby w trasę, wiedząc, że jego żona jest w ciąży? No który?!
- Przestań tak mówić.. przecież wiesz, że Michael bardzo Cię kocha, no! - Nic nie powiedziałam, ale kiedy nagle coś nasunęło mi się na język Bill kontynuował. - Idę już. Przepraszam, ale nie wiem jak mam Ci pomóc. - po tych słowach wyszedł a nogi pode mną się ugięły.
"Co ja wyprawiam... dlaczego wygaduję takie rzeczy?" - pytałam się sama siebie. "Jestem okropna". Usiadłam na kanapie i dopiero do mnie dotarło, że naprawdę ze mną jest coś nie tak. Poczułam się samotna. Chciałam aby Michael siedział tutaj, obok i mocno mnie tulił. Potrzebowałam bliskości... została sama w całym tym wielkim świecie, stworzonym przez Mike'a. "Neverland" - prychnęłam. Jednak zaraz się uśmiechnęłam, bo właśnie takiego Michaela wybrałam. Mającego bźika na punkcie szalonych rzeczy i wyobraźni. Jak mogę myśleć, że mnie zostawił? Nigdy, przenigdy by tego nie zrobił.
Był już wieczór, więc poszłam się wykąpać. Kiedy się wytarłam założyłam biały szlafrok i ręcznik na głowę. Zeszłam na dół do salonu i jak zwykle zaczęłam czytać moją ulubioną książkę. Po chwili usłyszałam dźwięk telefonu.
Kiedy odebrałam nie zdążyłam się odezwać, bo Michael zrobił to pierwszy.
- Bill, zastanawiam się czy nie wrócić, Jenna naprawdę jest w tak fatalnym stanie?
- Nie jest. - odparłam surowym tonem. Cała złość która mnie ogarniała kiedy wyjeżdżał, powróciła.
  • awatar It's never too late: Czekam na książkę ! Jeżeli nie to przyjeżdżam do cb ♥ <3
  • awatar Pearlita: Może psycholog to nie jest zły pomysł w końcu chodzenie do niego to nic złego...Albo może Jenna sama ze sobą sobie poradzi :)
  • awatar Gość: jaki ekscytujący!!!!!!!! Bardzo mi się podoba!!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Michael:
- Michael, nie chcę zostawać tutaj sama..
- Nie zostaniesz, jest przecież Caroline, te wszystkie maluchy.. będzie dobrze. - przytuliłem ją ale wiedziałem, że to nic nie pomoże.
- Ja chcę żebyś Ty tutaj był.. boję się. - ręce zaczęły jej się trząść a ja zacząłem poważnie się zastanawiać czy lepiej nie zostać.
- A wiesz? Bill dzisiaj przyjeżdża. - powiedziałem i uśmiechnąłem się tak szeroko jakby to było nie wiadomo co. Ale próbowałem wszystkiego, byle poprawić jej humor. - Miał zacząć od jutra, ale jeżeli chce zawdzonię do niego już dzisiaj. Hm? - spojrzałem jej prosto w oczy ale wyczułem tylko złość.
- A jedź. Dam sobie radę. - odepchnęła mnie lekko i weszła do domu. Chciałem za nią pobiec ale Sam bardzo nalegał abym wsiadł do samochodu. Mimo wszystko w czasie drogi zadzwoniłem do Bill'a aby przyjechał dzisiaj, bardzo martwiłem się zachowaniem Jenny, od czasu kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży jest w totalnym rozpadzie psychicznym. Raz jest szczęśliwa a zaraz znowu zła. Ma huśtawkę nastrojów a ja czuję się coraz bardziej zagubiony. Jednak teraz moim celem jest nie pomylić się w czasie występów. Szczerze mówiąc bardzo cieszy mnie ta idea. Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie będę mógł wystąpić dla moich fanów. Dawno tego nie robiłem, tylko od czasu do czasu brałem udział w koncertach charytatywnych.
Przez cały czas próbowałem zagłebić się w tematy na które rozmawiali Sam, frank i Chistopher, ale nie mogłem. Cały czas martwiłem się o Jennę..

Jenna:
Usiadłam na fotelu i starałam się funkcjonować najnormalniej jak potrafiłam. Nie przejmując sie tym co mam w brzuchu ani tym, że Michael znowu wyjechał, kontynuowałam książkę. Czytałam tak ze dwie godziny kiedy nagle ktoś wszedł do domu.
- Michael? - zerwałam się ale w drzwiach ujrzałam ciemnoskórego mężczyznę.
- Nie, nie Michael. - zaśmiał się. - Hej Jenna.
- Oo, Bill.. Mike coś wspominał, że przyjedziesz. - uśmiechnęłam się.
- Już nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie będę mógł wrócić do pracy, ten urlop prawie mnie wykończył. - pokręcił głową.
- Naprawdę? - zrobiłam wielkie oczy. - Chodź, siadaj tutaj i opowiedz mi wszystko.
Bill podszedł i usiadł a ja zsunęłam się na koniec kanapy bo był do człowiek.. że tak powiem, o grubych kościach.
- Dwa razy o mało co nie wpadłem pod samochód, to po pierwsze.
- Brawo! - klasnęłam dwa razy i się zaśmiałam.
- Ale to jeszcze nie wszystko.. - zaczął opowiadać mi wszystko od początku do końca. Cieszyłam się z jego wizyty, bo Bill był naprawdę sympatycznym człowiekiem. Do tego czułam się przy nim bezpiecznie, bo w końcu był ochroniarzem. Nie miałam zamiaru mówić mu o ciąży, to byl temat, jak dla mnie, bardzo wrażliwy i bez obecności Mike'a nie chcę o tym rozmawiać.
- Hej! Chodźmy do zoo.. przynajmniej teraz będę mogła mieć styczność z prawdziwymi zwierzętami, przez ostatnie lata siedziałam tylko z nosem w książkach.
- Do zoo? A jeżeli jakieś dzikie zwierzę coś Ci zrobi?
- Nic mi nie zrobi.. poza tym, jestem jak każdy inny człowiek, prawda? - Bill zamilkł i patrzył się na mnie. Momentalnie zorientowałam się o co chodzi. - Michael Ci powiedział? - powiedziałam surowym tonem.
- Jenna, nie bądź na niego zła, po prostu martwi się o Ciebie i chce jak najlepiej. - spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
- Martwi się? To może z łaski swojej by tutaj został! - krzyknęłam i wyszłam do kuchni. Bill wstał zaraz za mną. Łzy napłynęły mi do oczu i w tym momencie nie chciałam aby ktokolwiek się do mnie odzywał. Ale z towarzystwem Bill'a było to nie wykonalne.
- Jenna, co się dzieje? Dlaczego płaczesz? - położył rękę na moim ramieniu.
- Boję się.. boję się tego wszystkiego co mnie czeka w czasie ciąży.. ja jeszcze nie jestem na to gotowa.. - rozpłakałam się jeszcze bardziej a Bill objął mnie i jak prawdziwy przyjaciel mocno przytulił.
- Michael Cię kocha, a Ty kochasz jego. Będziecie mieć razem dziecko, które będzie jednym z najszczęśliwszych na świecie.. powiedz mi, miałaś kiedyś styczność z dziećmi? - spojrzał na mnie.
- Nie.. jestem jedynaczką, nie mam młodszego rodzeństwa.. nigdy nie opiekowałam się..
- W takim razie mam pomysł. - przerwał mi. - Tutaj, w Neverlandzie są tłumy dzieci.. może poświęciłabyś dla nich trochę czasu? - uśmiechnął się. - Dzieci uwielbiają dorosłych, którzy się z nimi bawią.. dzięki temu przygotujesz się do roli matki. Co Ty na to?
- Mogę spróbować. - odparłam niepewnie. - Pójdę się przebrać. - wyszłam z kuchni i ruszyłam w stronę sypialni. Kiedy się przebierałam myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Dziecko. Dzieci. Ja i rola matki? Nigdy nad tym nie myślałam, nie zastanawiałam się jakby to było.. a teraz? Jestem w ciąży..
- Jenna, długo jeszcze?! - usłyszałam krzyk Bill'a z dołu.
- Już idę! - odparłam.

* * *

- Popatrz.. za pare miesięcy będziesz miała swoje. - wskazał ręką na dzieci bawiące się na trawie. Na ten widok lekko się uśmiechnęłam. Nagle zauważyłam znajomą mi już dziewczynkę.
- Hej, Adele! - krzyknęłam i jej pomachałam. Ta odrazu do mnie przybiegła i się przytuliła.
- Słyszałem, że nie miałaś styczności z dziećmi.. - zmrużył oczy i się usmiechnął.
- Adele zapoznałam nie dawno.. jest urocza.. - pogłaskałam ją po głowie.
- Płakałaś? - spojrzała na mnie i zesmutniała.
- I bardzo spostrzegawcza.. - uśmiechnęłam się do Billa. - Nie, coś Ty kochanie.. coś mi wpadło do oka. - wzięłam małą na ręcę i ruszyliśmy w stronę zoo. - Chcesz obejrzeć żyrafy? - zapytałam.
- Tak, tak, tak! - krzyknęła mulatka i wyskoczyła z mojego uścisku.
- To biegnij, zaraz Cię dogonimy.
Mała Adele pobiegła w stronę bramy z napisem "zoo" a my powolnym spacerkiem szliśmy w jej ślady.
- Nie rozumiem w czym problem. - odezwał się Bill.
- Hm? - zmarszczyłam brwi.
- Tak bardzo boisz się dziecka.. a z tą małą dogadujesz się jakbyście były siostrami.
- To co innego.. - mruknęłam.
- Nie, Jenna. To jest to samo. Tak samo będzie, gdy na świat przyjdzie twój maluch. Nie ma się czego bać, mniej więcej tak to będzie wyglądać, wiesz? - uśmiechnął się.
- Skąd Ty to wszystko wiesz? - zdziwiłam się.
- Bo sam mam dzieci. - odparł.
- Naprawdę? Czemu ja o tym nic nie wiedziałam..
- Nie wspominałem.. mam bliźniaki, dwóch chłopczyków. - zaśmiał się.
- O jeju, podwójny problem.. - pokręciłam głową.
- Ale i podwójna radocha. - uśmiechnął się.
To mnie uciszyło. Zorientowałam się, jak błędnie spostrzegam dzieci. Wyobrażałam sobie, ból, zmęczenie, ciągła cierpliwość.. a tymczasem to jest piękne. Przecież sama przed chwilą tego doświadczyłam.. Adele nie jest wkurzająca, jest kochana i bardzo słodka. Co ja sobie myślałam?
Szliśmy w ciszy, napawając się pięknem dzikich zwierząt i natury. W końcu przy ogrodzeniu z żyrafami zauważyłam małą czarną czuprynkę.
- Adele, rodzice pozwalają Ci podchodzić tak blisko? - powiedziałam z udawanym strachem po czym się zaśmiałam. - Odważna jesteś.
- Nie mam lodziców. - spojrzała na mnie i się uśmiechnęła a ja poczułam uścisk w żołądku. Adele jest z domu dziecka..
 

 
Jenna:
- Anet co ja mam zrobić..
- Test, a co innego? Jeżeli to naprawdę jest ciąża nie możesz jej ignorować.
- Boję się, chciałabym, żebyś była tutaj przy mnie..
- Nie bój się, nie masz czego. Dzieco to wspaniały dar.
- Mówisz jak Michael.. - zciszyłam ton, bo mój mąż leżał obok i smacznie spał a ja siedziałam na brzegu łóżka.
- I ma rację. Jenna, proszę zrób ten test, dla mnie i dla Michaela. - spoważniała. - Dopiero sama mówiłaś, że może jednak..
- Ale nie sądziłam, że to mnie tak wystraszy.. najwidoczniej nie znam samej siebie.. no dobrze spróbuję..
- A kupiłaś go?
- Tak, wczoraj jak Michael był.. z tymi dziećmi. - odwróciłam się i spojrzałam na niego.
- To dobrze idź i sprawdź. Powodzenia. - powiedziała się rozłączyła zanim zdążyłam odpowiedzieć. Poczułam się jakby ktoś przywalił mi z pięści prosto w brzuch. To uczucie było tak realne, że aż się skuliłam. Zaraz wstałam i poszłam do łazienki. Kiedy spojrzałam na wykonany test.. uczucie bolesnego uderzenia w żołądek powróciło dziesięciokrotnie.

Michael:
Gdy się obudziłem Jenny nie było obok. Wstałem i zszedłem na dół ale w kuchni też jej nie znalazłem. Wróciłem na górę i wszedłem tam gdzie oczywiście była, do łazienki. Zdziwiło mnie jednak to, że siedziała cała zapłakana.
- Jenna co się stało? Hej, kochanie.. - uniosłem jej głowę a ona nawet nie chciała spojrzeć mi w oczy.
- Michael, przepraszam... - wyjąkała.
- Ale co się.. - wtedy zauważyłem coś koloru białego w jej ręcę. - Co tam masz? - próbowała to schować za siebie ale byłem szybszy. Kiedy zobaczyłem dwie kreski znajdujące się na tym małym urządzeniu myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi. - Jenna! Jesteś w ciąży to wspaniale! - krzyknąłem i ją przytuliłem z całej siły. Jendnak ona wcale nie przestawała płakać.
- Nie Michael, nie jest wspaniale.. nie jestem gotowa na dziecko.. nie chcę.. - chlipała a ja nie mogłem uwierzyć w to co mówi.
- Kochanie, to jest idealny czas.. masz już 28 lat, wspaniały wiek! Nie mów, że go nie chcesz..
- Skąd możesz wiedzieć, że to on...
- Nie ważne, to nasze dziecko i będzie najszczęśliwszym na świecie. - znowu ją przytuliłem.
- Michael boję się, boję się porodu.. nie chcę tego przechodzić, nie teraz.. - wtuliła się w moje ramię.
- Jesteś silną kobietą, dasz radę.. wyobraź sobie, że podchodzi do Ciebie malutki chłopczyk czy dziewczynka i mówi "mamo".. to przewspaniałe uczucie, Jenna..
- Zostaw mnie samą..
- Ale..
- Idź.. miałeś mieć dzisiaj próbę, idź, bo się spóźnisz.
- Dobrze, pójdę, ale pamiętaj, że będę z tobą mimo wszystkich przeciwności. Otrzymaliśmy cudowny dar, musimy się nim cieszyć. - pocałowałem ją i wyszedłem.
Założyłem skórzaną kórtkę i ruszyłem w drogę. Przez całą drogę myślałem, co zrobić aby podnieść Jennę na duchu. Nie tak wyobrażałem sobie jej ciążę, może nie w tym wieku ale sądziłem, że będzie się cieszyć, niezależnie od tego kiedy to się stanie. Było mi przykro, ale J rozpada się psychicznie i nie mogę okazywać jej swojej słabości..
- Chris.. - odezwałem się ale jednocześnie zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście mu o tym powiedzieć, uznałem, że lepiej będzie jak Frank dowie się pierwszy.
- Tak?
- A.. już nic. - zamilkłem i do końca podróży siedziałem i wgapiałem się w szyby. Przynajmniej dla mnie to było dobre, bo szyby były przyciemniane i ja widziałem wszystko a ludzie z zewtątrz nic. W końcu dotarliśmy na miejsce. Uświadomiłem sobie, że teraz droga do studia będzie pięć razy dłuższa niż jak byliśmy w Polsce. Neverland bowiem znajdował się z dala od wszystkiego. Tylko co jakiś czas pojawiały się gurpy fanów pod jego bramą z strasnparentami, ale to akurat nie przeszkadzało w niczym.
Sam i Frank odrazu porwali mnie na scenę i kazali ćwiczyć, bo jak się okazało, trochę się spóźniłem.
- Hej, Frank musimy..
- Nie teraz Michael, tancerze i chórki już czekają, wskakuj na scenę i daj z siebie wszystko.. - po tych słowach podszedł do sama i coś zaczął mu tłumaczyć totalnie mnie ignorując.
Zagraliśmy pare klipów, jak zwykle jednym z nich był "I'll be there". Jak na siłę, myśli o tym, jak śpiewałem to dla Jenny na jednym z pierwszych solowych koncertów, zajmowały mi głowę. Chciałem myśleć o czymś innym ale nie mogłem. Musiałem się kogoś poradzić.
- Frank, możemy teraz pogadać?
- Michael, co tak pilnego masz mi do powiedzienia? - przewrócił oczami. Spojrzałem na niego i zrobiło mi się okropnie smutno. Chyba to wyczuł bo momentalnie zmienił nastawienie. - Hej, Mike, co się dzieje? - przyjrzał mi się.
Głośno westchnąłem i rozejrzałem się czy nie ma kogoś w pobliżu.
- Jenna jest w ciąży i..
- Naprawdę? O matko, gratulacje! - przytulił mnie i poklepał po ramieniu a mi było jeszcze ciężej dokończyć zdanie.
- Czekaj Frank..
- Co jest?
- J jest załamana.. ona chyba nie chce tego dziecka...

* * *

Kiedy wszedłem do domu Jenna właśnie wychodziła, co mnie bardzo zdziwiło.
- Gdzie się wybierasz? - do głowy zaczęły przychodzić mi najgorsze myśli. Może chce pojechać do lekarza i usunąć ciąże? A może idzie zrobić sobie krzywdę? Nie wiem skąd te obawy ale stanowczo przeważały nad pozytywnymi myślami.
- Idę się przejść.
- Po Neverlandzie? - uśmiechnąłem się, bo może jednak polubi to miejsce?
- Tak.. tutaj przynajmniej nie ma twoich szurniętych fanów. - Poczułem się źle, że moja żona tak spostrzega fanów, ale póki nie wychodzi to na jaw, to nie zwróciłem uwagi, także ze względu na jej samopoczucie.
- No dobrze.. to miłego spaceru, polecam zoo. - pocałowałem ją w policzek i chyba wydawało mi się, że zauważyłem na jej twarzy cień uśmiechu. Kiedy odchodziłem złapała mnie za rękę.
- Michael?
- Tak?
- Pójdziesz ze mną? - popatrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Jasne, że tak. - zrobiło mi się ciepło na sercu. Jednak nie odrzuca mnie tak jak mi się wydawało..
Spacerowaliśmy między drzewami a od czasu do czasu przebiegało obok nas jakieś dziecko. Ja czułem się lepiej ze względu na nie, ale miałem wrażenie, że Jenna z każdym kolejnym, malutkim dzieckiem czuła się gorzej i gorzej.. nagle podbiegła do nas ta sama dziewczynka, co wczoraj dała mi stokrotkę.
- Oo, witaj Adele. - uśmiechnąłem się i pogłaskałem ją po głowie. - Popatrz, to jest Jenna. - wskazałem na moją żonę a ta lekko się uśmiechnęła.
- Cześć. - odparła i zaczęła wpatrywać się w małą mulatkę.
- Jesteś śliczna, wies? - powiedziała Adele i złapała J za rękę, ta chciała cofnąć ale w końcu się przełamała.
- Dziękuję.. - powiedziałą szeptem. Adele wyciagnęła ręcę ku Jennie aby ta wzięła ją na ręce. J spojrzała na mnie ze zdziwieniem a ja kiwnąłem głową potwierdzająco. Patrzyły tak na siebie aż w końcu moja żona podniosła dziewczynkę, która się do niej przytuliła. To był tak bardzo wzruszający widok, może jeszcze nie wszystko stracone?
- Jestem pewny, że będziesz wspaniała mamą. - pocałowałem ją w policzek i ruszyliśmy na spacer z małą Adele.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Jenna:
Kiedy się obudziłam Michael leżał obok i wpatrywał się prosto w moje oczy. Od razu przeszedł mnie dreszcz. Przypomniałam sobie, że teraz mieszkam w tym przecudownym miejscu, na dodatek z najlepszym człowiekiem na świecie.
Kiedy na niego spojrzałam uśmiechnął się bardzo szeroko.
- Wiem, że zaraz powiesz abym się na Ciebie nie patrzył.. ale tym razem nie posłucham.
- Nie patrz, wyglądam okropnie z rana. - przeciągnęłam się.
- Wyglądasz ślicznie.
- Nie prawda.
- Ja Ci tu prawię komplementy z samego rana, na dodatek ignoruję fakt, że nazwałaś mnie kuną.. - pokręcił głową. - A Ty nawet nie powiesz nic miłego?
- Ale marudzisz.. - pokazałam mu język.
- Mam powody. - uniósł głowę.
- Nie chcę wychodzić dzisiaj z łóżka. Chcę żebyś leżał tutaj obok mnie cały dzień. Nie róbmy dzisiaj nic, prooszę. - spojrzałam na niego błagalnie.
- O niee, kochana. Dzisiaj jest twój dzień. Będziemy się bawić do samego rana. Mamy tu tyle atrakcji..
- Nie chce mi się.
- Nie mów tak, to wszystko wybudowałem specjalnie dla Ciebie..
- No doobrze.. mam nadzieję, że nie przyjdzie za dużo osób.
- Dzwoniłem do paru znajomych i rodziny, to dziwnym trafem, nikt nie mógł przyjść.. - podrapał się po głowię i spojrzał myślicielsko w górę.
- Spodziewałam się tego, w tamtym roku tylko Ty i Anet pamiętaliście o moich urodzinach, rodzice zapomnieli na amen.
- Co prawda, Twoi rodzice nie odbierali.
- Nie dzwoń drugi raz. Wystarczy, że Ty pamiętałeś i że dałeś mi coś tak cudownego. - wskazałam ręką na pokój.
- No dobrze. - uśmiechnął się. - Mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę.
- Naprawdę?
- Ale pokażę Ci ją jakoś o 15.00. Dopiero wtedy się pojawi. - oczy my zaiskrzyły a ja spojrzałam na niego podejrzliwie. Czyżby zaprosił Beyonce? - uśmiechnęłam się w duchu.
- No dobra, to poczekam. - zeszłam z łóżka i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i zaraz byłam na dole. Michael siedział przy stole a obok niego skakała zupełnie mi obca kobieta.
- Dzień dobry..? - uniosłam brwi na jej widok.
- Oh, dzień dobry Pani Jenno! Proszę siadać! Przygotowałam naleśniki z bananami i czekoladą na śniadanie, proszę siadać, o tutaj.. - wskazała palcem na krzesło obok Michaela. Podeszłam powoli do stołu i ze wzrokiem wbitym w męża usiadłam obok.
Po chwili przede mną znalazł się ogromny talerz z naleśnikami. Nagle poczułam, że mój żołądek daje się we znaki i momentalnie wstałam od stołu.
- Ja podziękuje. - wydusiłam i pobiegłam w stronę łazienki. Zdążyłam nachylić się na muszlą klozetową zanim zwymiotowałam. Brzuch bardzo mnie rozbolał a w głowie czułam bolesne łupanie. Oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy. Zrobiłam pare głębokich wdechów ale nie miałam ochoty się stamtąd ruszać. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Jenna? Jesteś tam? - usłyszałam głos Michaela.
- Tak.. wejdź. - mruknęłam i spuściłam wodę.
- Co się dzieje? - odrazu kucnął obok mnie i położył rękę na mojej. - Przepraszam, że nie poinformowałem Cię o nowej gosposi. To jest Caroline, Ona jest bardzo miła, zrobiła pyszne nalesniki, dlaczego..
- Michael! Nie o to chodzi.. - westchnęłam bo stan mojego żołądka wcale się nie poprawiał. Jednak z drugiej strony trochę byłam zła. Ta cała Caroline wcale nie wyglądała na kobietę, która poleci na każdego. Miała gęste blond włosy i niebieskie oczy. Była ubrana stosownie jak na kobietę w jej wieku, i chyba to mnie martwiło..
- A o co? Coś się dzieje? - ciągle mi się przyglądał.
- Zrobiło mi się nie dobrze.. tak nagle. - pokręciłam głową, bo to wydawało mi się absurdalne.
Michael lekko się uśmiechnął ale próbował to ukryć, zaczął się podejrzanie rozglądać.
- Co Cię tak bawi? Wiesz jak ja sie czuję? - skrzywiłam się bo łupanie w głowie powróciło.
- Nic mnie nie bawi, po prostu..
- No co?
- Jenna, a jeśli.. jesteś w ciąży? - jego kąciki ust się uniosły.
- Słucham? Coś Ty, to nie możliwe, przecież my..
- Ostatnio właśnie nie..
Zatrzymałam wzrok w martwym punkcie gdzieś za oknem. Zaraz jednak wróciłam do rzeczywistości.
- To nie możliwe, przecież dzisiaj pierwszy raz zrobiło mi się niedorzbrze, to nic nie znaczy.
- J, czy Ty uciekasz przed ciążą? - zmartwił się.
- Nie.. ja po prostu.. to jeszcze nic nie znaczy! - krzyknęłam i wybiegłam z łazienki.

Michael:
Poczułem się dziwinie. Moja żona nie chce dziecka? Wyglądała na przerażoną, gdy o tym wspomniałem. Zmartwiłem się tym trochę, ale może każda kobieta tak ma? Może początki zawsze są trudne.. chciałbym mieć dzieci, nawet bardzo, ale skoro J się tak przed nimi skrywa, nie spodoba jej się moja dzisiejsza niespodzianka lecz już jest za późno..

* * *

Całe południe nie rozmawiałem z Jenną, siedziała w salonie i czytała książkę. Ja ten czas postanowiłem wykorzystać do rozpoczęcia pisania mojej książki. Zanim się obejrzałem wybiła już 14.50 a ja zapisałem zaledwie dwie strony o Jackson 5, o naszych początkach. Zszedłem na dół i kątek oka spojrzałem na J. W dlaszym ciągu siedziała na kanapie ale tym razem oglądała telewizję.
- Kochanie? - podeszłem do niej.
- Tak? - dalej wpatrywała się w ekran telewizora.
- Mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę.. pamiętasz? - zapytałem aby się upewnić, ale bałem się jej reakcji na to co zobaczy. Z jednej strony bardzo się cieszyłem ale z drugiej..
- Tak, wiem, może ona poczekać? Chciałabym dokończyć ten film.
- Nie bardzo, bo ta niespodzianka jakby już jest.. - spojrzałem niecierpliwie przez okno.
Westchnęła i stanęła przede mną.
- No to prowadź. - wyciągnęła rękę ku mnie a ja ją złapałem i zacząłem prowadzić do drzwi.
Wsiedliśmy do kolejnki, która znajdowała się za naszym domem i pojechaliśmy prosto do wesołego miasteczka. Kiedy Jenna zobaczyło to, co tam zastaliśmy zrobiła się blada jak ściania. Wszędzie były dzieci. Jeździły kolejkami, biegały, ganiały się, bawiły się z dzikimi zwierzętami w zoo. Kiedy je zobaczyłem odrazu poczułem się pewniej. Poczułem jak z mojego serca spada wielki kamień, leczy gdy ujżałem minę Jenny..
- Co te dzieci tu robią? - zapytała.
- Są cudowne, prawda? Uświadomiłem sobie, że dwie osoby nie nadadzą temu miejscu takiego uroku, jest za wielkie. Teraz te małe aniołki upiększą Neverland, jest otwarty dla wszystkich dzieci. Przede wszystkim tych chorych, chcę aby i one miały szczęśliwe dzieciństwo.
- Michael, co Ty wyprawiasz? - patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Jak to?
- To ma być miejsce dla wszystkich dzieci na tym świecie? Zwariowałeś?
- Ja.. sądziłem, że Ci się spodoba..
- To źle sądziłeś. O co Ci chodzi? Najpierw teksty o dzieciach jakie mają twoi koledzy, później moja wymyślona ciąża a teraz to? Nie Michael, nie zgadzam się.
- Jenna, kocham dzieci. Chcę je mieć jak najbliżej siebie.. chcę dawać im szczęście..
- Ja już się nie liczę?
- Przecież ciągle robię coś dla Ciebie! - zacząłem się niecierpliwić. - Staram się abyśmy byli szczęśliwi, te dzieci też mają do tego prawo..
Jenna pokręciła z rezygnacją głową i ruszyła do kolejki. Stałem tam i nie wiedziałem co robić. Nagle podeszła do mnie malutka dziewczynka. Miała czekoladową cerę i czarne jak węgiel włosy.
- Michael, plosę, to dla Ciebie. - wcisnęła mi do ręki malutką stokrotkę.
- Dziękuję, jest śliczna. - wziąłem małą Adele na ręce i ruszyłem w stronę wesołego miasteczka, ciągle mając w głowie słowa mojej żony...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jenna:
- Długo jeszcze? - zaczęłam się niecierpliwić.
- Chris? - spojrzał na kierującego.
- Za.. 5..4..3..2..1..
- Jesteśmy! - wydarł się Mike. Z podniecenia aż wstał i rąbnął głową w dach samochodu.
- Siadaj wariacie. - pociągnęłam go za ramię i zaczęłam wyglądać przez okno.
- Ej, ej, ej.. - zakrył mi oczy. - Pozwól.. - ograniczył moje pole widzenia do zerowego, bo widziałam tylko ciemność. Zawiązał mi na oczach jakąś chustkę. - Chodź. - z zakrytymi oczami wyszłam z samochodu i prowadzona przez Michaela szłam tam, gdzie kazał. W końcu stanęliśmy. Nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie sciągnę to coś z oczu.
- TA DA! - krzyknął Michael jednoczesnie szarpiąc chustkę. Moim oczom ukazał się gigantyczny dom. Przed nim był jakby mini ogród. Krzewy układały się w koło a w środku o ile się nie mylę, znajdował się jakiś napis.
- A ja myślałam, że dom, który kupili moi rodzice kiedy byłam młodsza był ogromny.. - wydusiłam po długotrwałej ciszy.
- Ale podoba Ci się? - spojrzał mi w oczy.
- Czy mi się podoba? Michael! Jest przecudowny! - rzuciłam mu się na szyję.
- Spójsz, tam jest fontanna! Sam wybierałem. - kiwnął głową nadal mnie trzymając. Zeskoczyłam i ruszyłam w stronę jasnoniebieskiej fontanny. Michael ciągle dotrzymywał mi towarzystwa. Nie odstępywał na krok, koniecznie chciał sprawdzić moją reakcję na, co raz, to nowe rzeczy. Było mi trochę głupio. Ja w porównaniu do Michaela, nie lubię urodzin, a szczególnie jego. Nigdy nie jest w zupełności zadowolony z prezentu, na dodatek zawsze trudno przebić to co on wyprawia w moje urodziny. Michael jest perfekcjonistą i trudno trafić w jego gust, czy wymarzoną rzecz, poza tym.. co może go bardziej uszczęśliwić, niż jego fani?
- Hej, Jenna! - krzyknął. Momentalnie się odwróciłam i zostałam oblana wodą.
- Co to było?! To nowa bluzka.. - skrzywiłam się a Mike pokładał się ze śmiechu. - Tak Cię to bawi? - uśmiechnęłam się pod nosem, nabrałam wody i cisnęłam prosto w jego stronę.
- O nie.. teraz to Ci się dostanie! - ruszył w moją stronę, a ja nie zdążyłam uciec. Nawet mi się troche nie chciało, ale to co zrobił, przebiło moje najśmielsze oczekiwania. W ułamku sekundy wylądowaliśmy w fontannie.
- Michael noo!! - wydarłam się po wynurzeniu głowy. Mój mąż tylko cicho chichotał. Wyglądał prześmiesznie, więc sama nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. - Wyglądasz, jak zmokła kuna.. - mruknęłam i zaczęłam się wygrzebywać z wody.
- Dlaczego jak kuna?! - zapytał z wyrzutem i wstał za mną.
- Bo też masz takie brązowe oczka. - zamrugałam i wybuchłam śmiechem.
- No dzięki.. - zaczął wylewać wodę z butów co było bez sensu bo skarpetki też całe miał przemoczone.
- Oj chodź już marudo. - powiedziałam i ruszyłam w stronę drzwi. - Hm, nie ma to jak wejść do nowego domu cała mokra.
- To znaczy, że tutaj zawsze będzie miła atmosfera. Do tego domu nie wchodzi nikt, kto nie ma poczucia humoru. - zaśmiał się Michael.
Kiedy weszliśmy do środka, Mike wskazał mi łazienkę ale ja oczarowana wnętrzem, szłam tam bardzo powoli.
- Dobra, widzę, że ja prędzej się ogarne niż ty. - powiedział i przechodząc obok klepnął mnie w tyłek. Poszedł do łazienki a ja nie reagując na jego zaloty dalej oglądałam piękne meble. Po dziesięciu minutach Michael przyszedł spowrotem a ja dalej przemoknięta rozglądałam się po pokojach.
- Idź się wysuszyć bo się przeziębisz, okna sa pootwierane. - pocałował mnie w policzek. - Halo, Jenna? - zaczął machać mi przed nosem.
- Słucham, słucham.. - spojrzałam na niego. - Jest 25 stopni.. na dodatek jesteśmy w pomieszczeniu. - pokręciłam głową.
- Dobra.. - uniósł ręce. - Ja tylko się martwię, nie chcesz słuchać to nie. - powiedział z udawaną troską i podszedł do lodówki.
- Okej, już ide. - mruknęłam i poszłam w wskazanym kierunku.
Łazienka też była duża. Cała wyłożona niebieskimi kafelkami. Zdjęłam obruania, przetarłam włosy ręcznikiem i zorientowałam się, że nie wzięłam żadnego na zmianę.
- Michael! - wydarłam się jednak nikt mi nie odpowiadał. - Michael! - krzyczałam dalej ale towarzystwa dotrzymywała mi jedynie cisza.
Złapałam pierwszy lepszy ręcznik, z niewiadomych powodów był on bardzo mały i owinęłam się nim. Ledwo wystarczał ale dałam radę. Zeszłam po cichu na dół, bo ostatni raz widziałam nasze bagaże przy drzwiach. Ale oczywiście na moje szczęście, nie było ich tam.
- Michael! - krzyknęłam po raz kolejny. Cisza. Wyjrzałam przez okno. Mike stał na podjeździe i rozglądał się jakby kogoś szukał. Uchyliłam drzwi i go zawołałam.
- Co jest? - uśmiechnął się po czym zilustrował mnie wzrokiem od stóp do głów. - Ohoho, myślałem, że my wieczorem..
- Przestań. - przerwałam mu i lekko klepnęłam go w ramie. - Ty zawsze o tym. - przewróciłam oczami. - Gdzie zabrałeś torby?
- Są w sypialni.
- No co Ty.. a gdzie ona jest? - pytałam z wyrzutem.
- Na górze. Idziesz prosto i trzeci pokój po prawej. - po tych słowach zaczął chichotać. - Większe ręczniki są w brązowej szafce.
- NIC NIE MÓW. - przeliterowałam, zmrużyłam oczy i poszłam na górę.
Szybko się przebrałam a włosy już dawno zdążyły wyschnąć. Kiedy wróciłam na dół Michael stał przy drzwiach. Chodź, coś Ci pokażę. - złapał mnie za rękę i wyszliśmy z domu.
Mike pokazał mi coś czego bym się nie spodziewała. Za domem znajdowała się kolejka!

* * *

- Jesteś niesamowity wiesz? - leżelismy obydwoje w nowym łóżku.
- Cieszę się, że podoba Ci się Neverland. - przyciągnał mnie do siebie, a ja położyłam głowę na jego torsie.
- Neverland?
- Tak. Tak nazwałem to miejsce. Przed domem jest napis ułożony z krzaków.
- Oh, tak myślałam. Ale chyba widać go tylko z góry, prawda?
- Owszem. Z naszej sypialni też. - uśmiechnął się. Wstał z łóżka i stanął przy oknie. - Jest oświetlony.
Ruszyłam w jego ślady i stanęłam obok. Napis był duży. Kiedy stoi się obok, jest ledwo zauważalny.
- Piękny.
Wróciliśmy do łóżka i przybraliśmy tę samą pozę.
- Dom jest piękny, ogród też.. ale jak to możliwe, że mamy tutaj zoo, kino, rancho, jeziora.. kolejkę i wesołe miasteczko?! Jak?! - pytałam z niedowierzaniem.
- Długo się budowało, ale chciałem abyśmy mieli kąt dla siebie. Zakaz wstepu dla paparazzi. Zero zdjęć z zaskoczenia.
- Kocham Cię. - pocałowałam go w policzek.
Głośno westchnął a ja już wiedziałam, że coś jest nie tak.
- Mów.
Spojrzał na mnie i chyba wyczuł, że wiem co się kroi.
- Niedługo wyjeżdżam.. znowu..
- Że co? Niee.. - powiedziałam błagalnie i wtuliłam się w niego jeszcze bardziej.
- Muszę. Kolejna trasa. Wiem, że tego nienawidzisz..
- Nie Michaael, rozumiem. Nie lubie kiedy Ciebie nie ma, a nie ma Cię często, ale sama wybrałam Ciebie dziesięć lat temu i teraz już nie zrezygnuję.
- Boże, za co ja Ciebie mam.
- Bez przesady. - zaśmiałam się.
- Z przesadą! Jesteś przecudowna! No powiedz mi, która kobieta była by tak cierpliwa? Która by została ze mną mimo tego, że tak często mnie nie ma? No a powiedz mi.. - reszta słow Michaela zaczęła mi się mieszać, oczy zamykać aż w końcu kompletnie odpłynęłam w krainę snów.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Michael:
- Gdzie one są?! Spóźnię się!
- Nie wiem gdzie są.. załóż inne, we wszystkich Ci ślicznie.
- Ale to są moje szczęśliwe! - panikowała i kręciła się po salonie.
- A te z niebieskimi oczkami?
- Nie pasują mi do bluzki. - burknęła. - A skąd Ty w ogóle wiesz, że mam takie kolczyki?
- Kiedyś rano się obudziłem i poczułem, że coś mnie kłuje. Jak wstałem, okazało się, że to twoje kolczyki..
- Skąd mogły by się tam wziąć? Zawsze zdejmuję przed póściem spać..
Podrapałem się po tyle głowy.
- Czasami pod wpływem impulsu nie zdążasz zdjąć..
- Impulsu? - zapytała i się zastanowiła. - Dobra, już wiem.. - policzki sie jej zarumieniły a ja się roześmiałem. - Nie czas na takie rozmowy, pomóż mi szukać kółek.
- Naprawdę, przeszukałem już wszystkoo.. - przeciągnąłem zmarnowany.
- Eh, trudno. Pójdę bez nich, ale jak nie dostanę tej pracy, to będzie twoja wina. - burknęła i wystrzeliła z pokoju. Usłyszałem tylko trzask drzwi i stukot obcasów na chodniku. Samochód odjechał a ja opadłem na kanapę.
"Chodź" - wysłałem sms'a do Franka a ten momentalnie się zjawił.
- Co tak długo? Sterczałem pod twoim domem z pół godziny.. - pokręcił głową.
- Szukałem kolczyków. - przewróciłem oczami.
- Kolczyków? A po co Ci... - po chwili strzelił sobie w głowę, zrobił coś w rodzaju "facepalm'a" i popatrzył na mnie. - Sory, dzisiaj jestem jakiś nieogarnięty.
- Widzę, właśnie ale mam nadzieję, że Neverland jest bardziej ogarnięty niż ty.
- Neverland?
- Tak. Tak będzie nazywać się to miejsce. Już dawno to wymyśliłem.. a dokładnie "Neverland Ranch". Jestem genialny..
- Ej, ej, tylko nie popadaj w samochozachwyt bo staniesz się jeszcze bardziej nieznośny niż jesteś teraz.
- Ale śmieszne.. - mruknąłem.
- Wszystko już jest gotowe, ale radziłbym zebrać się wcześniej, bo trochę potrwa podróż.
- Jej urodziny są po jutrze..
- W sumie nie musisz robić w terminie.
- Ale chcę! I tak będzie.
- Jasne, zadzwonię do Sam'a, żeby wszystko załatwił.
- Okej..
- Co jest? - przyjrzał mi się.
- Nic? - pokręciłem głową tak, aby pomyślał, że to pytanie jest niedorzeczne, ale się nie przekonał..
- Michael, znamy się tyle lat, a Ty nadal..
- Dobra, dobra. Tylko nie zaczynaj swojego kazania. - wskazałem ręką znak "stop". - Mam nadzieję, że Jenna się ucieszy z prezentu, ale na pewno nie ucieszy się z powodu trasy...

Jenna:
- Panno Jenno, widzę, że ma Pani jakieś tam doświadczenie, ma Pani dyplom ukończenia studiów, ale nie mogę Pani tutaj przyjąć.
- Słucham? Mam wszystko czego ta praca wymaga.. - pokręciłam głową.
- Ma Pani, ale ma Pani też coś co przebija wszystko, oczywiście negatywnie.
- Co takiego? - zaczęłam się niecierpliwić. Mój głos nieco zachrypiał, co sprawiło wrażenie, jakbym kompletnie nie wierzyła w to co ten facet mówi.
- Nazwisko.
- Przepraszam.. że co?
- Nazywa się Pani Jenna Jackson. Jest Pani żoną Michaela Jacksona. Słynnej gwiazdy, znanej na całym świecie. Jeżeli tutaj ktoś Panią zobaczy, wywoła to sensację. Nie chcę w tym zoo, tłumów dzikich fanów, którzy zamiast oglądać zwierzęta, będą latać za Panią przykro mi. A tak poza tym.. po co Pani praca? Domyślam się, że Michael Jackson ma bardzo dużo pieniędzy.. - zaśmiał się pod nosem.
- Wie Pan co? A niech mnie Pan pocałuje.. - wskazałam palcem na swój tyłek i wyszłam z hukiem z biura.
Nie dość, że nie przyjeli mnie do pracy, to jeszcze wsiadając do samochodu złamałam obcas.
- Chris, czy Ciebie Michael odrazu przyjął na swojego kierowcę? - zapytałam zrezygnowana, odrywając ostatnie kawałki obcasa.
- Coś Ty. Początkowo byłem taksówkarzem..
- I jak to się stało, że jesteś tu?
- Oh, czysty przypadek, ja tylko..
- Uważaj! - wydarłam się a tir nadjeżdżający z naprzeciwka zaczął głośno trąbić. Chistopher na szczęście zdążył skręcić. Serce podskoczyło mi do gardła.
- Uważaj.. - powtórzyłam cicho. Do domu jechaliśmy w ciszy. Przez zaistniałą sytuację, wybiłam się z tematu i za chiny nie mogłam sobie przypomnieć o czym rozmawialiśmy. Chciałam zapytać Chis'a, ale uznałam, że nie będę go rozpraszać...
Kiedy weszłam do domu, półki były puste a przy drzwiach stały torby.
- Michael?! - krzyknęłam i zaczęłam rozglądać się po częściowo już pustym mieszkaniu. O dziwo, telewizor był na swoim miejsu, wszystkie meble też.. - Michael?! - powtórzyłam. Zaczęłam się martwić, że chce sie wyprowadzić, ale nie mieliśmy ostatnio jakiś kłótni.. a może już mnie nie chce bo zmusiłam go do szukania kolczyków? Na tę myśl zrobiłam wielkie oczy.
- Michael, tamte torby już zaniosłem, coś jeszcze... - do domu wszedł Bill. Kiedy mnie zobaczył spoważniał.
- O, witaj J. - uśmiechnął się.
- Co tu się dzieje? - objęłam w powietrzu ręką cały salon.
- Eee.. no wiesz... - zaczął się jąkać.
- Nie, nie wiem, Bill. Powiedz. - założyłam ręce i podeszłam bliżej.
- Ooo, Jenna, już jesteś! - usłyszałam głos Mike'a, za plecami.
- Czy ja o czymś nie wiem?
- Może.. - złożył ręce za sobą i powoli kierował się ku mnie. Kiedy był już blisko dał mi buzi w policzek i się szeroko uśmiechnął. - Bill, możesz wziąć jeszcze te pudła, walizki weźmiemy sami.
- Przeprowadzamy się? - dopytywałam dalej.
- A jak myślisz?
- Myślę, że jesteś szurnięty. - jeszcze raz rozejrzałam się po pokoju, lecz zaraz napotkałam jego brązowe oczy.
- Mam dla Ciebie niespodziankę. - pogłaskał mnie po policzku.
- Zgaduję, że na urodziny?
- No raczej.. - złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.
-Nie, zaczekaj. - uwolniłam rękę z uścisku.
- Hm? - uniósł brwi.
- Michael, nie dostałam tej pracy. - spuściłam głowę.
- Wiem. - powiedział pogodnie.
- Co? Skąd? Już Ci Christopher wypaplał? Ale zaraz mu się dostanie.. - podwinęłam jeden rękaw.
- To mi się powinno dostać. - zachichotał.
- Dlaczego? Chociaż.. Ty zawsze powinieneś obrywać. - uniosłam głowę.
- Byłem w tamtym zoo, dzień wcześniej i tak jakby załatwiłem, abyś nie dostała tej pracy.. - skuił się jakby już czekał na cios.
- Że co?!
- No bo po co Ci, jak się wyprowadzamy.. - mówił cicho.
- Nic mi nie powiedziałeś.. - mówiłam przez zęby, ale też troche chciało mi się śmiać. Mike był taki spłoszony..
- Gdybym powiedział, zepsułbym niespodziankę.
Położyłam ręcę na biodrach a Michael wpletł się w nie i mocno mnie przytulił.
- Nie bądź na mnie zła, chciałem dobrze.
- No wieeem.. - przeciagnęłam. - Jak zwykle, z resztą. - odwzajemniłam uścisk.
- To jak? Jedziemy? - oczy mu zaiskrzały.
- Jeżeli to jakaś nora.. - pogroziłam mu palcem ale zaraz oboje wybuchliśmy śmiechem/
- Jestem pewny, że Ci się spodoba. - pocałował mnie po czym wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Michael:
- Nie kocham Cię.. nigdy nie kochałam.. - spuściła głowę.
- Ale dlaczego? Robiłem wszystko byś była ze mną.. urządzałem kolacje, kupowałem prezenty najwyższej jakości.. kocham Cię. Proszę, nie rób mi tego...
- Prezenty były piękne.. ale Michael, ja byłam z Tobą tylko po to. Nie chcę twojej miłości. Żegnaj.
- Nie...
- Stop, stop, stop! W ogóle się nie starasz Sandro.. a Mike.. co się z Tobą dzieje? Wczoraj było o niebo lepiej.
- Andrew, mówiłem, że nie spełnie się w tej roli. Nie czuję się w niej dobrze. - mruknąłem a ten przetarł czoło.
- Sandra idź na przerwę i powtórz tekst. - Dziewczyna posłusznie wyszła ze studia.
- Spróbuj postarać się bardziej.. nie wiem, klęknij, uroń łzę.
- Nie chcę grać tej roli. Nie odnajduję się w postaci Arona.. on jest.. po prostu chciałbym grać kogoś, podobnego do siebie, kogoś.. - nagle przyszło mi coś do głowy. - Już wiem! Nagram film o sobie. O moim życiu. Fani będą zachwyceni!
- Hej, hej, Michael? Nadal tu jestem. - poklepał mnie po ramieniu. - Tak po prostu mam zakończyć nagrywanie filmu? Wiesz ile pieniędzy na to poszło? A fani? Zapowiedź tego flimu poszła w świat. "Michael Jackson w roli głównej" - narysował napisy w powietrzu. - Tak głoszą gazety. Nie możesz teraz zrezygnować.
- Mogę i chcę. Przykro mi Andrew. Poszukaj innego Arona.
- Nie zostawiaj mnie teraz. - patrzył z niedowierzaniem.
- Może nakręcimy moją biografię co? Było by lepiej..
- Biografie? Ile ty masz lat, co? Dopiero minęło trzydzieści lat twojego życia i chcesz kręcić film o sobie?
- Tak, chcę. Trzydzieści lat to spory kawał życia. Mam żonę..
- A kręć. Jak chcesz, to kręć. Ale ja Ci w tym nie pomogę.
- Ale jak..
- Zawiodłeś mnie, Mike.
- Jesteś jedynym tak zdolnym reżyserem, mi znanym. Inni nie wiedzą czego chcę! - wkurzyłem się.
- Przykro mi. Teraz na głowie mam ten film. Idź już.. - machnął ręką i podszedł do kamerzysty coś mu tłumacząc.
Złapałem skórzaną kórtkę, zwołałem Sama i Christophera i wyszliśmy. Przez całą drogę do domu gadałem im o tym jak bardzo jestem zły i zawiedziony postawą Andrew.
W końcu dotarliśmy na miejsce. W domu Jenna robiła to co zwykle czyli coś czytała. W końcu uniosła głowę.
- Hej, kochanie. - uśmiechnęła się.
- Cześć. - burknąłem i usiadłem obok niej aby zwrócić na siebie uwagę lecz ta wróciła do lektury. - Co czytasz? - odwróciła książkę i pokazała mi okładkę.
- Znowu o zwierzętach? - dopytywałem jednocześnie czekając, kiedy wreszcie zapyta mnie co się stało.
- Tak, lubię o nich czytać. - uniosła kąciki ust.
- I tyle?
Zmarszczyła brwi.
- A oczekujesz jakiś innych argumentów?
- Nie to miałem na myśli.. - pokręciłem głową. - Jestem zły a ty nawet nie zapytasz z jakiego powodu.
Głośno westchnęła i odłożyła książkę.
- No to słucham. Dlaczego jesteś zły?
- Teraz pytasz bo Ci powiedziałem..
- No Michael.. - przerwała.
- Okej. Andrew powiedział, że nie wyreżyseruje mojego filmu.
- Twojego? A to nie Ty grasz..?
- Tak. Znaczy nie.. znaczy.. eh. - złapałem się za głowę. - Zrezygnowałem z roli Arona. Nie podoba mi się.. jednocześnie wpadłem na pomysł, aby nagrać film o mnie.
- Biografia? - zapytała zaciekawiona.
- Tak. Ale nici z tego, bo Andrew nie chce mi pomóc!
- No wiesz.. w końcu go wystawiłeś.
- Ale.. no ale..
- Nie ma "ale" Michael. Taka prawda, nie oczekuj od niego pomocy, skoro sam mu nie pomogłeś.
- On sam powiedział, że mi nie wychodzi ta rola.. i ja też to czuję.
- W takim razie.. może napisz książkę?

Jenna:
Zrobił wielkie oczy a na jego twarzy widniał ogromny uśmiech.
- Tak! To idealny pomysł! Jesteś genialna! - krzyknął i pocałował mnie bardzo namiętnie.
- Haha, cieszę się, że pomogłam. - uśmiechnęłam się.
- Pójdę zacząć pisać.. nie! Zadzwonie do Sama aby załatwił kogoś, kto mi pomoże.. a nie! Teraz pójdę do łazienki, bo już nie mogę wytrzymać. - zaczął się śmiać i pobiegł w stronę drzwi.
"Wariat" - przeszło mi przez myśl. Wzięłam książkę i tak jak kiedyś zawsze robiłam z babcią, wylosowałam pierwsze zdanie, które ma świadczyć lub sugerować coś o mojej przyszłości. "Ssaki rozmnażają się poprzez..." - przerwałam czytanie. Rozmnażanie? Dzieci? - zrobiłam wielkie oczy. Mam 27 lat.. a jeżeli to już czas? A jeżeli na to czeka Michael? Może ja nie wiem o wszystkim.. może Mike czeka na mój ruch..
Nagle sobie uświadomiłam, że nie długo moje urodziny. Może wtedy mogłabym coś zdziałać. Postanowiłam zadzwonić do Anet.
- Hej, Jenna! Co tam?
- No cześć, cześć. Wiem, że gadałyśmy wczoraj, ale ostatnio dręczy mnie pewnien temat..
- Serio? Mnie też.. ale to nie od pewnego czasu, już rok tak mam.
- Mów pierwsza.
- Dziecko.
- Jesteś w ciąży?! - wydarłam się ale zaraz zatkałam sobie buzię.
- Tak od roku. - murknęła sarkastycznie. - Nie jestem.. tylko pomyślałam, że może David chce mieć. - tak, Anet i David wzieli ślub dwa lata po naszym.
- Mnie dręczy to samo. Michael, często mówi, jak słodkie dzieci mają jego koledzy i jak bardzo lubi się z nimi bawić.. - miałam powiedzieć o sytuacji z książką, ale się rozmysliłam.
- O jeju, naprawdę? Mój aż tak nie daje się we znaki, ale coś czuję, że chciałby..
- Oh.. nie jestem sama..

Michael:
- Frank i jak tam? - zciszyłem głos. - Wyrobią się w terminie?
- Myślę, że tak. Kończą ogrodzenie dla zwierząt, a do wykończenia mają jeszcze tylko kino i dwie łazienki w domu.
- Ufam Ci. Muszą wyrobić, co zrobię, kiedy ją tam zabiorę a tu klapa..
- Zdążął. Napewno. A jak tam film?
- A weź nie pytaj nawet...
  • awatar Pearlita: Jeju ale ten Michael jest szalony, normalnie przepełnia go spontaniczność :D Ale może to i dobrze, przynajmniej jego życie nie stanie się nudne :)
  • awatar I Miss You, very ♥: No idealnie:)
  • awatar MJ Forever <3: uhuhuhuh.... czekałam na to ^^ dzieki :** ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Hej wszystkim
Okej, uznałam, że sam nie wytrzymam bez pisania, więc wezmę się za drugą część w ten weekend Mam nadzieję, że się spodoba Mam zamiar napisać ją w stylu bardziej poważnym niż zakochiwanie się w sobie itd, jak to na miłosne historyjki przypadło. Ta część będzie zawierać więcej poważniejszych wątków, w sam raz dla dorosłych ludzi po ślubie. Nie długo się dowiecie, jakie przygody przygotowałam dla naszej kochanej parki: Michaela i Jenny. : )) Serdecznie zapraszam do odwiedzania mojego bloga
 

 
Słuchajcie to jest ostatni rozdział pierwszej części opowiadania, mam zamiar napisać drugą ale ciągle zastanawiam się kiedy. Lepiej zacząć nie długo, czy od nowego roku? Ktoś doradzi? Dziękuję wam, że czytacie to opowiadanie. Naprawdę się staram i kiedy widzę, że kogoś to interesuje micha mi się cieszy ^^
A tymczasem zapraszam do ostatniego rozdziału

Jenna:
- I jak? - zajrzała do przebieralni Anet.
- Nie mogę dopiąć, no zobacz.. - wskazałam na zamek, trochę wyżej jak biodra.
- Było mieć taki duży tyłek? - zaśmiała się.
- Nie jest taki duży.. - obróciłam się. - Ej, serio?
- Nie ruszaj się, może dopnę.. - zaczęła siłować sie z zamkiem ale nie dała rady. - Nie mogę, nie da rady.
- Poszukajmy innej. Anet poszła na sklep a ja zciągnęłam suknię. Nagle wparowała do przebieralni z trzema sukenkami.
- O matko. Nie chce mi się już tego przymierzać..
- Musisz! Będziesz wyglądać pięknie.
- To może zamiast przymierzać wszystkie suknie jakie są w tym sklepie, doradźmy się sprzedawczyni? Pewnie się zna na takich rzeczach.
- No dobra, chodź. - pociągnęła mnie a ja o mało nie potknęłam się o sukienki.
Kobieta poszła z nami i zaproponowała pare sukni i projektów. Zadeklarowała też, że można tutaj uszyć suknię na zamównienie, lub pozmieniać pare drobiazgów w już uszytej.
Spodobała mi się jedna z proponowanych. Była bez ramiączek, gorset był cały w małych, srebrzystych koralikach a dół idealnie układał się na moich kształtach. Lecz kiedy zobaczyłam cenę..
- Za droga.
- No proszę, jest prześliczna! - próbowała mnie namówić.
- A widziałaś cenę? Nie wydam tylu pieniędzy na suknię, Michael pewnie też nie będzie zadowolony.
- Dziewczyno! Macie tyle kasy ile ja przez całe życie nie zarobię! Poza tym, Michael zrobiły by wszystko abyś czuła się szczęśliwa, kiedy zobaczy Cię w tej sukni, zaniemówi i już żadne pieniądze nie będą go obchodzić.
Po chwili myślenia zgodziłam się.
- No dobra, przekonałaś mnie. Raz się żyje. - na te słowa Anet rzuciła się na mnie z uściskiem a ja go odwzajemniłam. - Biorę! - odparłam.

* * *

Michael:
Dzisiaj ślub i ostatnie poprawki. Bardzo się stresuję. A jeżeli Jennie nie spodoba się wystrój? Pytałem wszystkich czy jest okej, mówili, że tak, ale najbardziej liczy się zdanie mojej przyszłej żony. Miałem już na sobie garnitur i z zegarkiem w ręku wyczekiwałem na Christophera, który zaiwezie mnie nad jezioro. Pare godzin temu byłem sprawdzić czy wszystko jest w porządku i mam nadzieję, że nic się nie zmieniło od tamtej pory.
W końcu usłyszałem odgłos trąbienia. "To pewnie on" - przeszło mi przez myśl i rzuciłem się do drzwi. Wsiadłem do czarnego Hamera i ruszyliśmy. Zanim zobaczę moją przyszłą żonę, minie trochę czasu. Chris będzie musiał pojechać jeszcze po nią. Jest w domu jej rodziców. Takie stresu jeszcze nigdy nie miałem. Choćbym miał wystąpić przez tysiącami ludzi, nigdy się tak nie bałem.
Dojechałem na miejsce a Chris pojechał po Jennę. Kapłan już czekał więc podeszłem do niego i stanąłem obok. Łuk małżeński był piękny. Przyozdobiony białymi i czerwonymi różami. Ludzie się uśmiechali kiedy na nich patrzyłem ale stres tak mnie sparaliżował, że nie byłem w stanie odwzajemniać radości. Nagle moim oczom ukazał się czarny Hamer. Przyjechała.

Jenna:
Wysiadłam z samochodu i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to tłum ludzi. Nigdzie nie było kamer ani aparatów. Chyba w dzisiejszym dniu zostało to zabronionie. Nie dziwię się, w końcu nawet tak sławna osoba jak Michael, może mieć prywatny ślub. Ktoś na pianinie zaczął grać nie znaną mi melodię, lecz piękną. Nie była to piosenka, która zawsze rozbrzmiwała na filmowych ślubach. W końcu stanęłam około 15 metrów od Michaela. Uśmiechnęłam się do niego a on odwzajemnił uczucie. Nagle poczułam, ze ktoś łapie mnie za rękę. To mój tata. Zaczęłam iść z nim miedzy ludzmi, samym środkiem. Mój narzeczony był coraz bliżej. Wyglądał nieziemsko w tym garniturze. Ktoś po dordze podał mi bukiet białych róż. Czułam się wspaniale. W tłumie zauważałam znajome twarze, wujków, ciocie, babcie, dziadków, Anet, która stała sama. David nie mógł przyjechać. Rozpromieniłam się na ich widok. Osoby z rodziny Michaela przeważały, gdyż miał bardziej liczną rodzinę.
W końcu dotarłam na ołtarz. Stanęłam twarzą w twarz z Mike'm.
- Wyglądasz.. - szepnął i pokręcił głową.
- Ty też.. - uśmiechnęłam się a do moich oczu napłynęły łzy. Już? Jeszcze nawet nie złożyliśmy przysięgi.
- Czy ty, Panno Jenno Steward.. - i zaczęło się. Powtórzyliśmy słowa kapłana a ja na koniec, tuż przed pocałunkiem się rozpłakałam. Michael mnie przytulił. Zaraz się odsuneliśmy i tak jak jest na filmach pocałowaliśmy się jednocześnie wkładając sobie obrączki na palce.
- Kocham Cię. - szepnął.
- Ja Ciebie też. - odparłam i powtórzyliśmy pocałunek a ludzie zaczeli bardzo głośno klaskać.
Wesele miało odbyć się także nad jeziorem. Zmieniłam więc buty na takie z niższym obcasem, ponieważ nie wygodnie jest chodzić w szpilkach po trawie. Zaraz włączyła się szybsza muzyka i wszyscy zaczeli wywiajć kiedy nagle zauważyłam znajomą twarz. Z samochodu, który dopiero przyjechał wysiadł... David.
- Anet! Spójrz! - wydarłam się do przyjaciółki która właśnie objadała się tortem.
- David? - przełknęła posiłek. - David! - krzyknęła i ruszyła w jego stronę. Podeszlismy do nich aby również przywitać się z chłopakiem Anet.
- Boże, kochanie, jak to się stało, że tu jesteś, wypuścili Cię? - wypytywała.
- Nie wyleczyli mnie jeszcze, nadal biorę leki, ale jak mógłbym Cię zostawić tutaj samą? - powiedział słabym ale radosnym głosem.
- Oh, kocham Cię. - przysunęła się i go pocałowała.
- Hej, jestem Michael. - podał mu rękę, teraz, już mój mąż.
- Cześć David, cieszę się, że jesteś. - dodałam.
- Ja też się cieszę, dzięki. - uśmiechnął się i spojrzał na Michaela.
- Nie musisz się przedstawiać, wiem kim jesteś. - zaśmiał się a Mike mu zawtórował. Nagle zauważyłam biegnącego Billa w naszą stronę z przerażeniem na twarzy i coś krzyczącego. Nic nie słyszałam przez głośną muzykę.
Kiedy był bliżej dotarło do mnie co mówi.
- UCIEKAJCIE! - spojrzałam na Mike i nie wiedziałam co robić. Nagle usłyszałam strzał, dosłownie w momencie, kiedy Bill rzucił się na Michaela.
- Boże! - wydarłam się. Na ziemi leżał mój mąż a na nim wiele większy Bill, na jego koszuli widniał ślad postrzału. Uniosłam głowę i zauważyłam Kevina stojącego z uniesionym pistoletem w górze.
- Ty draniu!! - rzuciłam się w jego stronę, ale tata zdążył mnie złapać i odciągnąć na bok. Reszta ochroniarzy złapała Kevina i wrzucili go do samochodu.
Wyrwałam się z uścisku i podbiegłam spowrotem do miejsca postrzału.
- Bill, Bill co Ci jest.. - mamrotał Mike jednoczesnie wygrzebując się spod ciała ochroniarza.
- Hej, Bill obudź się, proszę.. - zaczęłam szlochać na jego ciałem. Nagle wziął głęboki oddech i otworzył oczy. Skrzywił się bo rana na jego plecach musiała bardzo boleć.
- Hej, nie ruszaj się dobrze? - powiedziałam spokojnie i wskazałam pierwszej lepszej osobie aby zadzowniła na karetkę.
- To znowu on. - syknął Michael. - Zabiję drania, zabiję, jeżeli Bill nie przeżyje!
- Wszystko będzie dobrze Mike.. Bill pojedzie do szpitala i go opatrzą.
- Nie martwcie się mną, jakoś się wygrzebię. - uśmiechnął się lekko, nadal nie robiąc nic oprócz oddychania i mrugania.
Minęło 20 minut odkąd stała się ta tragedia. Karetka w końcu przyjechała. Zabrali Bill'a na noszach. Teraz na naszym weselu panowała grobowa atmosfera. Jak mamy się dobrze bawić, kiedy jeden z przyjaciół rodziny..

Michael:
Rzopierała mnie złość. I nic więcej. To miał być najlepszy dzień w życiu moim i Jenny! Nie wiem co mam robić. Bill, mój ochroniarz, który zawsze i wszędzie ze mną był, uratował mi życie.. osłonił mnie przed postrzałem. Nie mogę teraz iść i zapomnieć co się stało. Uzgodniliśmy z Jenną, że pojedziemy do domu a wesele zostawimy reszcie rodziny. Kto chciał ten został, ale Ci prawdziwi przyjaciele także pojechali do domów. Dzownili pare razy, czy się dobrze czujemy. To miłe, ale w głowie ciągle huczał mi dźwięk wystrzału.

* * *

Minął miesiąc od naszego ślubu. Z Billem jest wszystko w porządku. Teraz nie może się przemęczać, bo takie rany goją się bardzo długo. Póki co jest zwolniony ze słóżby na pewnien okres. Jedyne co mnie pociesza, to świadomość, że mam najlepszą przyjaciółkę i żonę na świecie a także wiadomość, że Kevin siedzi w więzieniu.
  • awatar Mission of Love: Super ;D
  • awatar Pearlita: Zakupy w miłym towarzystwie- to jest to :) A jeśli chodzi o kontynuację, to dla czytelników na pewno będzie lepiej, gdy zaczniesz pisać od razu, ale jeśli potrzebujesz przerwy, to zaczekamy :)
  • awatar FeelThisMoment.: świetne :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Jenna:
- J, długo jeszcze?!
- Zaraz! - zrobiłam ostatnie poprawki w swoim wyglądzie i wybiegłam z domu. - Już jestem gotowa. - uśmiechnęłam się a Michael machnął rękami na znak "no nareszcie". Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę na lotnisko.
- Wysłałeś zaproszenie do Rebeki?
- Wysłałem. - uśmiechnął się.
- Ale pamiętasz, że ona ma chłopaka?
- Tak, otrzymali wspólne zaproszenie.
- A napisałeś, że w Hollywood?
- Kochanie, o wszystkim pamiętałem, trzy razy sprawdzałem zaproszenia, a po mnie jezcze pięć Maddie.
- Maddie? A kto to? - skrzywiłam się.
- Moja przyjaciółka.
- To jakiejś obcej kobiecie powierzyłeś nasze zaproszenia, a ja nie mogę niczego robić? - oburzyłam się.
- Nie dlatego, że nie chcę.. - po prostu, chcę aby to była niespodzianka. Pragnę Cię zaskoczyć. - oczy mu zaiskrzyły. - I tak wiesz, o rzeczach, których nie planowałem Ci mówić.
- Niespodzianek mi nie mało, codziennie mnie czymś zaskakujesz. - pocałowałam go w czubek nosa.
W końcu dojechaliśmy. Ze wzgledu, że nie zostajemy tam na długo, wprowadziliśmy się do domu rodziców Michaela. Jego mama przyjęła nas bardzo ciepło, Josepha nie było. Nadal próbował wypromować grupę The Jackson, ale nie szło mu za dobrze. Wypakowalismy rzeczy w byłym pokoju Mike'a i zasiedliśmy na łóżku.
- Tak się cieszę, że tutaj jestem.
- W moim byłym pokoju? - zaśmiał się Michael.
- Nie.. w Hollywood. Stęskniłam sie za tym miejscem. - spojrzałam na okno. - Hej, pamiętasz? - wyszczerzyłam sie i wskazałam palcem na okno.
Mike się roześmiał a ja mu zawtórowałam.
- To było prześmieszne. - wymamrotał.
- Wiesz jak się wtedy bałam? Ledwo co się utrzymałam.. - powiedziałam z udawanym przerażeniem.
- Nie moja wina, że przyszedł Tito.. tak to od razu bym Cię wpuścił. - objął mnie.
- Mimo wszystko, nie chciałabym cofnąć się do tamtych czasów, okropnie się czułam kiedy wyjeżdżałeś.
- Znaliśmy się nie całe dwa tygodnie..
- Kurde, Ty wiesz jak do Ciebie łatwo się przywiązać? - zapytałam i zaraz dodałam. - Ah, no tak, wiesz. Jak nie zauważyć tłumu szalejących fanek, dosłownie, WSZĘDZIE.
- Zazdrosna? - zagryzł wargi.
- Chyba śnisz.
- Okej, to idę sobie. - pokazał mi język i ruszył w stronę drzwi kiedy nagle rozległ się krzyk Katherine.
- Jenna, Michael! Chodźcie, obiad!
Mike pokręcił głową.
- Normalnie jak za dawnych lat.
Zeszliśmy na dół i zasiedlismy przy stole. Był kurczak, bardzo smaczny, jednak kiedy skończyłam jakoś mnie zamuliło i nie tknęłam deseru.
- Nie chcesz? - wskazał palcem na moją galaretkę z bitą śmietaną.
- A bierz. - zaśmiałam się. Michael od razu złapał za talerzyk napotykając po drodze złowrogi wzrok Katherine.
- No co? - zrobił wielkie oczy i zaczął się objadać.
- Ahh, Michael zawsze dużo jadł, a i tak jest chudy jak patyk.
Zachichiotałam cicho a Mike nawet nie zwrócił na nas uwagi. Nagle kątem oka zauważyłam gazetę leżącą na stoliku obok. Sięgnęłam po nia a na pierwszej stronie już widniało nasze zdjęcie.
- Skąd oni to wiedzą.. - mruknęłam.
- Zawsze wyrzucam te gazety, głupoty piszą. - machnęłą ręką mama Mike'a. Uśmiechnęłam się na widok stostu gazet leżących związanych cienkim sznurkiem.
- Gdzie je zabieracie?
- Oddajemy na makulaturę. - uśmiechnęła się ciepło a ja dalej przeglądałam gazetę.
- Michael, patrz. - zaśmiałam się. Mike uniósł wzrok i też się uśmiechnął.
- Haha, mamo, oni wiedzą lepiej od nas, gdzie będzie nasz ślub.
- Co napisali? - zapytała zaciekawiona.
- Cytuję: Michael Jackson i jego przyszła żona Jenna Steward rozmyślają na miejscem ślubu. Młoda para wymarzyła sobie bardzo gorący klimat! Rozmyślają nad Hawajami a Karaibami. Niektórym obiło się o uszy, że chcą zawrzeć małżeństwo w jakimś baśniowym zamku.." - kiedy przerwałam czytanie wszyscy wybuchli śmiechem.
- Tragedia. - westchnął Mike.
Nagle usłyszeliśmy szczęk kluczy w drzwiach.
- Oh, to pewnie Joseph. - powiedziała Katherine.
Kiedy wszedł do salonu zmierzył nas wzrokiem i się uśmiechnął. Dziwnie to wyglądało, bo nigdy nie widziałam go w dobrym nastroju. Może to wynikało z tego, gdyż nie miałam okazji.
- Dzień dobry. - skłoniłam głowe.
- Cześć, Joe.
- Witam wszystkich. Co na obiad?
- Kurczak. - Katherine wstała od stołu i poszła po porcję dla Joe'go.
W pewnym momencie ocknęłam się, że muszę iść do rodziców. Po pierwsze, chciałam mieć już to z głowy a po drugie.. krępuje mnie towarzystwo ojca Michaela.
- Mike, muszę iść do rodziców.
- Dzisiaj? Myślałem, ze pójdziemy jutro, razem..
- Nie.. wolę mieć to już z głowy. I.. pójdę sama. - uśmiechnęłam się i dałam mu buzi w policzek. Założyłam buty i wyszłam. Pogoda była bardzo słoneczna, więc nie musiałam brać kurtki. Pamiętałam drogę, bowiem mieszkali pare ulic stąd.
Kiedy stanęłam przed drzwiami w mój żołądek zrobił fikołka. Głośno westchnęłam i zadzowniłam.
- Pójdę otworzyć! - usłyszałam głos taty.
Odczekałam pare sekund kiedy zobaczyłam Johna.
- Jenna? - zapytał zdziwiony.
- Hej, tato.. - mruknełam i się do niego przytuliłam. Ten, w przeciwnieństwie do mamy, odwzajemnił uścisk.
- Chodź, wejdź. - powiedział życzliwie.
Najbrdziej bałam sie starcia z mamą. Ale kiedyś trzeba.
Siedziała przy stole i nie unosząc głowy odezwała się.
- Kto to był?
- Jenna przyjechała.
Zapadła cisza, odwróciła się i spojrzała na mnie.
- Cześć mamo. - powiedziałam twardo.
Odeszła od stołu i stanęła ze mną twarzą w twarz. Już przygotowałam się psychicznie na kolejny liść w twarz ale zrobiła coś całkowicie innego. Przytuliła mnie.
- Kocham Cię, Jenna i przepraszam za wszystko. Poczułąm wielką gulę w gardle i nie zdołałam nic powiedzieć. Stałyśmy tak wtulone w siebie, jak na moje oko z 5 minut. John nam się przyglądał.
W końcu się rozdzieliłyśmy i w spokoju wszystko jej opowiedziałam. Wiadomość o ślubie przyjęła trochę niechętnie ale nie agresywnie. Obiecała, że przyjdzie. Wytłumaczyłam im gdzie on się odbędzie i o której godzinie.
Około godziny 20.00 zadzownił do mnie Michael, z pretensjami, co ja tak długo robię. Mówił też, że się martwi. To słodkie. Na prośbę mojego narzyczonego pozdrowiłam rodziców i wróciłam do domu Jacksonów.
Kiedy się położyliśmy, Mike zasnął momentalnie, ale ja wierciłam sie przez pół nocy, nie mogąc nacieszyć się tym, że rodzice akcpetują mnie taką jaką jestem, że akceptują mój związek i nadchodzący ślub.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›